Navigeo

Navigeo

Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się

Nowość!!! - Konkurs rozstrzygnięty! - Poznaj zwycięską wyprawę

Lenin-Damdin Suche Bator-Mao Tse Tung czyli Rosja-Mongolia-Chiny w 55 dni

Siedem osób. Wiek 24-29lat. Kierunek Azja. Po co?? Żeby poznać nieokrzesaną rosyjską duszę w Transsybie, żeby zobaczyć dziewicze, dzikie i bezkresne stepy Mongolii, żeby zmierzyć się z magią Dalekiego Wschodu i pędem rozpędzonych współczesnych Chin...

Tagi: Rosja, Mongolia, Chiny

Zobacz trasę wyprawy

  1. 1 Olsztyn, Polska Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    Rosja-Mongolia-ChinyHotel LwówSiódemka zapaleńców: Ania (mózg wyprawy) i Mateusz z Zabrza, Przemek, Sabina i Ula z Rzeszowa, Agnieszka z Warszawy i ja Mariusz z Olsztyna wyrusza 6.09.2009 w upragnioną podróż do Azji. Po miesiącach poświęconych na wyrabianie wiz, ubezpieczeń, bukowanie biletów, gromadzenie sprzętu, przyswajanie informacji o docelowych miejscach naszej wyprawy oraz reperowaniu budżetu marzenia zaczynają przybierać kształt rzeczywistości. Miejsce oficjalnego startu, hotel Lwów we Lwowie. Ja z Agnieszką docieramy tam prosto z wesela w Olsztynie. Urywamy się ok. godziny 2 w nocy, szybki prysznic, przebranie się, przepakowanie i siedzimy już w autobusie relacji Olsztyn-Warszawa. Podróż mija błyskawicznie na spaniu. Warszawa, Dworzec Zachodni, czeka tu już na nas umówiony wcześniej prywatny ukraiński przewoźnik, który swoją marszrutką zawozi nas bezpośrednio do Lwowa (odpada problem forsowania przejścia granicznego i łapania transportu już po ukraińskiej stronie). Lokujemy się w hotelu i idziemy zwiedzać miasto „by night”. Spacerujemy po Płoszczadzi Swabody, podziwiamy fasadę teatru, oglądamy pomniki: Wolności, Szewczenki i Mickiewicza. Wsłuchujemy się w śpiew patriotycznych pieśni „chóru seniora” i karmimy swój wzrok kilkumetrową flagą i mapą Ukrainy „utkaną” z kwiatów. Chwilę później karmimy już swoje żołądki typowymi ukraińskimi potrawami w restauracji Pyzata Chata. Wieczorem dojeżdża reszta ekipy i oficjalnie uważamy wyprawę za rozpoczętą.
    Tu nocuję:
    Hotel Lwów we Lwowie
    Szczegóły dojazdu:
    Olsztyn-Warszawa autobus pospieszny
    Warszawa-Lwów prywatny ukraiński przewoźnik-bus+48604817865
  2. 2 Lwów, Ukraina Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Pociąg Rusłan i WasylPociagPociąg7.09.2009 O godzina 8.35 wyrusza nasz pociąg do Moskwy, oczywiście jedziemy wagonem klasy 3, czyli tzw. płackartnym. Wagon nie ma tu zamykanych przedziałów, jest tu jedynie podział na 6-łóżkowe, dwupiętrowe boksy. Do dworca docieramy trolejbusem i już tu płacimy tzw. frycowe. Nauczeni, iż na wschodzie w środkach komunikacji miejskiej bilety sprzedaje specjalnie w tym celu zatrudniona bileterka, grzecznie czekamy w trolejbusie na taką osobę. Po chwili rzeczywiście zjawia się pewna pani, ale nie jest to ku naszemu zaskoczeniu bileterka, a kantrolerka, po prostu „kanar”. Trochę się tu pozmieniało od czasu naszego ostatniego pobytu i jak się okazuje bilet trzeba było zakupić u kierowcy lub w kiosku. Wynik, 20 chrywien kary za gapiostwo i brak obycia. W pociągu doświadczam ukraińskiej gościnności. Zaczepiony przez grupę mężczyzn jadących do pracy w Moskwie, nawet się „nie obejrzałem”, a już przechylam 3 sztakan wódki bez zapojki i zagryzam to wszystko tłustym kurczakiem. Mam duży problem, żeby uwolnić się od tej „gościnności”. Co chwilę, już do końca podróży, dochodzą mnie zapraszające nawoływania: „Marian (tak się przedstawiłem) gdzie Ty???”. Razem z Agnieszką i Ulą dzielimy boks z dwoma Rusłanami i Wasylem. Są to ok. 40-letni mężczyźni jadący, a jakże, do pracy w Moskwie. Kulturalnie zapoznają się z nami, częstują koniakiem, winem, rozmowa się klei. Jednak w miarę ilości spożywanych, przez naszych ukraińskich kompanierów, trunków sytuacja zaczyna wymyka się spod kontroli. Cichy dotąd Wasyl zaczyna przystawiać się do naszych dziewczyn, a potem szuka zaczepki w całym wagonie, no i znajduje. Zażarcie kłóci się i szarpie z jakimś Ukraińcem. Następnie do akcji, w obronie intruza-Wasyla, wkracza Rusłan i krew leje się soczyście. Krewkich ziomków rozdziela prawadnica (konduktorka opiekująca się danym wagonem) i kończy się na porozcinanych łukach brwiowych. Nasi pijani kompani utrudzeni walką i alkoholem chrapią niemiłosiernie cały wieczór i pół nocy, po czym w jej środku dochodzą do wniosku, że niezgoda rujnuje, a zgoda buduje. Zapraszają zwaśnionych i pobitych pobratymców do naszego boksu i zaczynają pić, na zgodę. Przechylają sztakan za sztakanem. Ja, udając że śpię, chowam głowę pod stolikiem przylegającym do łóżka, aby uniknąć wciągnięcia do kolejnej libacji, no bo jak to: „Za zgodę się nie napijesz?!!!”.

    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Lwów-Moskwa 8:35-9:00
  3. 3 Тверской, Rosja, Moskwa Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    Państwowe Muzeum HistoryczneFotkaGrób Nieznanego ŻołnierzaSad AleksandrowskiSad AleksandrowskiSad AleksandrowskiSad AleksandrowskiHotel Leningradskaja 1z7 Sióstr StalinaUlica ArbatArbatArbat-pisuardessaArbat-artysta ulicznyArbat-Bułat OkudżawaArbat-Aleksander Puszkin i Natalia GonczarowaMoskwa-metroMoskwa-metroMoskwa-metroMoskwa-metroDworzec Jarosławski-tu nocujemy 8.09.2009 Ok. godziny 9.00 wjeżdżamy do Moskwy na Dworzec Kijowski i czym prędzej metrem udajemy się na Dworzec Jarosławski, skąd za 1,5 doby odjeżdża nasz Transsyb do Irkucka. Zostawiamy bagaże w kamerze chranienia (przechowalnia bagażu) i udajemy się zwiedzać Moskwę. Zostawiając sobie na jutrzejszy deser wnętrze Kremla, będące sercem stolicy i całej Rosji, dziś podziwiamy go z zewnątrz. Centrum Moskwy wygląda jak każda większa skomercjalizowana europejska metropolia i ani śladu tu „białych niedźwiedzi”. Podziwiany czerwono-ceglaną fasadę Państwowego Muzeum Historycznego (Gosudarstwiennyj Istoriczeskij Muziej) przylegającą do Placu Czerwonego. Mieści ono w sobie zabytkowe zbiory dokumentujące kulturę, tradycję i historie Matki-Rosji. Przed muzeum dumnie stoi pomnik marszałka Żukowa siedzącego na koniu. Projektant i/lub wykonawca pomnika dość nieudolnie go „skroił”, gdyż sam Gieorgij Żukow wygląda jak Lord Faarquad z przykrótkimi nóżkami (film Shrek), a jego koń w niczym nie przypomina Kasztanki Piłsudskiego, za to nasuwa skojarzenia z „naszą szkapą”. Na lewo od muzeum i pomnika widzimy Bramę Zmartwychwstania (Woskriesienskije Worota), zwieńczoną dwiema strzelistymi wieżyczkami. Pomiędzy nimi usytuowana jest Kapliczka Matki Boskiej Iwierskiej. Umieszczona tam ikona miała i ma za zadanie ochraniać miasto i jej obywateli, pomagać w sprawach codziennych i wyjątkowych. Swego czasu Bramą Zmartwychwstania podczas ważnych uroczystości z wielką pompą wjeżdżała na Plac Czerwony carska rodzina. Niestety w 1931 roku wrota zostały zburzone przez władze sowieckie, aby umożliwić pancernym wojskowym pojazdom swobodny wjazd na przeróżne propagandowe defilady. Dopiero w 1995 roku Bramę Zmartwychwstania odbudowano. Po drugiej stronie muzeum do ścian Kremla przylega Sad Aleksandrowski. Mieści się tu m.in. Grób Nieznanego Żołnierza, na którym płonie niegasnący ogień pamięci. Od 1997 roku są tu pełnione warty honorowe. Młodzi żołnierze w eleganckich mundurach stoją na baczność (jakby mieli kije bambusowe zamiast kręgosłupa) w bezruchu. Poruszają się tylko przy zmianie warty pełnym dostojeństwa wojskowym, zamaszystym krokiem. Widzimy jak jakaś zagraniczna delegacja w pełen patosu i namaszczenia sposób składa wieniec pod owym Grobem. Następnie udajemy się na najsłynniejszą ulicę Moskwy, Stary Arbat. Ulica ta była Mekką wielu sławnych rosyjskich artystów, poetów, bardów, pisarzy. Mijamy pomnik Bułata Okudżawy, znanego barda, który sporą część życia spędził tu w kamienicy na 43. Robimy sobie zdjęcia przy pomniku Aleksandra Puszkina i jego młodej żony Natalii Gonczarowej, którzy pomieszkiwali tutaj w 1831 roku. Mijamy współczesnych artystów tworzących i sprzedających swoje dzieła na ulicy. Jedni szkicują portrety, inni spray’ami wyczarowują piękne krajobrazy w galaktycznych sceneriach. Obok ktoś gra na dudach, dalej ktoś inny śpiewa. Przypatruje się temu wszystkiemu leciwa i bardzo otyła babuszka pracująca jako pisuardessa. Siedzi sobie z głowa owinięta chustą przy toy-toyach na tle plakatu młodej, zgrabnej kobiety reklamującej bieliznę. Generalnie jednak atmosfera Starego Arbatu jest dziś zdominowana przez komercję. Wszędzie pełno jest reklam, banerów, szylków. Jak okiem sięgnąć wszędzie pełno sklepów z pamiątkami oraz restauracji typu „Jołki-Pałki” czy „Mu-Mu”. W tej ostatniej jemy obiad, wnętrze wystylizowane jest na drewnianą chatę w której naczynia i medle pomalowane są w biało-czarne łaty. Rozleniwieni po posiłku i zmęczeni tułaczką jedziemy na Wróblowe Wzgórza, gdzie mieści się kompleks moskiewskich parków. Wchodzimy do altanki, rozkładamy się „na chwilkę” na ławkach i natychmiast zasypiamy. Szczęśliwie nikt nas stamtąd nie przegania i owa chwilka wydłuża się do 2-godzinnego snu. W tym miejscu Moskwy mieści się Państwowy Uniwersytet Moskiewski imienia Łomonosowa. Jest to największy, mający 235m wysokości, wieżowiec z tzw. siedmiu sióstr Stalina. Owe siostry to budynki wyglądem przypominające warszawski Pałac Kultury i Nauki. Ich budowę zlecił w 1947 roku Stalin i pierwotnie miało ich być osiem, ale powstało siedem. Są one rozsiane po całej stolicy. Większość z nich mamy okazję zobaczyć podczas tego pobytu, a mieszczą się w nich: Hotel Ukraina, Hotel Leningradskaja, Ministerstwo Spraw Zagranicznych (wybudowany jako pierwszy), Ministerstwo Budownictwa Komunikacyjnego, a dwa pozostałe są budynkami mieszkalnymi. Wracając z Wróblowych Wzgórz mamy przed sobą piękna panoramę stolicy z wijąca się przed nami rzeką Moskwą oraz wielkim olimpijskim stadionem na Łóżnikach. Wieczór poświęcamy na zwiedzanie zabytkowego moskiewskiego metra. O tej porze ruch w nim jest już mniejszy (w godzinach szczytów są tam niewyobrażalne tłumy) i możemy spokojniej przyjrzeć się jego stacjom. Moskiewskie metro otwarto 15.05.1935 roku co już na wstępie wskazuje na jego zabytkowy charakter. Wagony są bardzo głośne, za to wygląd stacji rekompensuje ten hałas. Podziwiamy m.in. wykonane z brązu figury gotowych do rewolucyjnej walki żołnierzy, robotników, matek z dziećmi, studentów z książkami, rolników zdobiących stację Płoszczadź Riewolucji (Plac Rewolucji), zachwycamy się kryształowymi żyrandolami i pełnymi przepychu mozaikami stacji Komsomolskaja (uważanej za najpiękniejszą), karmimy nasz wzrok podświetlonymi witrażami stacji Nowosłobodskaja, oglądamy marmurowe płaskorzeźby o tematyce historycznej na stacji Nowokuznieckaja oraz propagandowy wystrój stacji Kijewskaja pompatycznie podkreślającej przyjaźń radziecko-ukraińską. Podziwianie Moskwy nocą kończymy oglądając koncert sztucznych ogni nad Placem Czerwonym. Są one finalną sceną inscenizacji „Spasskaja Basznia” (Wieża Zbawiciela), które wystawiane jest na Placu Czerwonym 5-10.09.2009 i za jego sprawą plac jak i sobór Wasyla Błogosławionego są w tym czasie zamkniete dla turystów (więc i dla nas). Około godziny 23.00 ponownie docieramy do Dworca Jarosławskiego, odbieramy bagaże z przechowalni i próbujemy przenocować na dworcu. Wkoło jest pełno milicjantów, więc jest dość bezpiecznie, ale czy pozwolą nam tu zostać? W nocy dworzec jest sprzątany i wszyscy są wypraszani, chyba że mają bilety na pociągi odjeżdżające jeszcze dziś. My takich biletów nie mamy (nasz Transsyb odjeżdża jutro), ale szczęśliwie dogadujemy się z milicją i zapewniamy sobie nocleg na dworcu.
    Tu nocuję:
    Dworzec Jarosławski
    Szczegóły dojazdu:
    Moskiewskie metro
  4. 4 Тверской, Rosja, Moskwa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Kreml-Wieża TroickaKreml-Car PuszkaKreml-Carski Dzwon 200 tonKreml-Dzwonnica Iwana WielkiegoKreml-Sorób UspienskiKreml-Sobór ArchangielskiKreml-Sobór ZwiastowaniaKreml-złote kopuły pałacu TieriemnegoSobór Wasyla BłogosławionegoMury KremlaOkolice Kramla 9.09.2009 Rano bagaże ponownie lądują w przechowalni, a my zdobywamy Kreml. Rozpoczynamy od Mauzoleum Lenina. Zwiedzanie jest bezpłatne, ale wszelkiego rodzaju aparaty fotograficzne, telefony komórkowe, torby, torebki, plecaki trzeba zostawić przed wejściem. Droga do mauzoleum usiana jest żołnierzami. W samym mauzoleum panuje półmrok, atmosfera ciszy i skupienia. Stojący żołnierze ruchem ręki wskazują kierunek przemieszczania się. Sam Lenin w eleganckim garniturze spokojnie spoczywa w przeszklonej, aseptycznej przestrzeni. Jedną dłoń ma otwarta, a drugą zamkniętą. Na palcach widać ząb czasu, który nieubłaganie upomina się o swoje. Do ciała zbliżyć można się minimalnie na odległość ok. 3 metrów i nie wolno się ani na chwilę zatrzymać. Należy spokojnie okrążyć ciało Lenina kierując się w kierunku wyjścia. Ciało, które wbrew woli samego Lenina i jego najbliższej rodziny nie zostało pochowane w ziemi, a zmumifikowane. W mauzoleum spoczywało też ciało Stalina przez pierwsze lata po jego śmierci, ale po tzw. „odwilży” i pewnej zmianie nastrojów politycznych zostało ono pochowane nieopodal. Kolejnym punktem naszej wędrówki jest Kreml. Sama nazwa wywodzi się od słowa „kriemnik” oznaczającego umocnienie, fortyfikację. Obecny wygląd murów z czerwonej cegły nadany został za panowania władcę Iwana III w latach 1485-1495. Długość murów to ponad 2200m, a maksymalna wysokość 6,5m. Na teren Kremla dostajemy się przechodząc pod Bramą Kutafią oraz Troicką. Na lewo mijamy żółte budynki Arsenału a na prawo betonową surową bryłę szumnie nazwanego Państwowego Pałacu Kremlowskiego. Udajemy się w kierunku Placu Soborowego, gdzie mieszczą się dawne, najważniejsze świątynie stolicy, dziś już niestety nie pełniące funkcji sakralnych, a jedynie turystyczno-muzealne. Na plac wchodzimy bramą pod Cerkwią Dwunastu Apostołów, oglądamy zgromadzone w owej cerkwi muzealne obiekty oraz wystawę zatytułowaną Augsburg. Następnie wchodzimy do najważniejszej świątyni tego kompleksu Soboru Zaśnięcia Marii Panny, czyli Soboru Uspienskiego. To tutaj w 1547 roku odbyła się koronacja pierwszego cara Rosji Iwana Groźnego, a od 1721 roku odbywały się tu koronacje kolejnych władców mocarstwa. Świątynia słynie m.in. z drewnianego Tronu Monomacha (XII-wieczny książę Rusi Kijowskiej) wykonanego w 1551 roku dla Iwana IV Groźnego, który właśnie tu i na nim się modlił. Są tu zgromadzone różne ikony, niektóre z nich są wykonane z wosku, inne są dwustronne, jeszcze inne są wypukłe, jakoby trójwymiarowe. Obok znajduje się niewielka cerkiew Złożenia Szat (Rizopołożenija) będąca domową kaplicą moskiewskich metropolitów, a obecnie będąca muzeum. Obok niej lśnią się w słońcu złote kopułki pałacu Tieriemnego. Jedyne co możemy zrobić, to zrobić im zdjęcia, gdyż pałac nie jest udostepniony do zwiedzania. Vis-a-vis dotychczasowych świątyni znajduje się Sobór Archangielski, w którym znajduje się 46 grobowców moskiewskich książąt i carów. Łącznie spoczywa ich tu 53. Od XIV do XVII wieku pochowano tu wszystkich władców Rosji z wyjątkiem Borysa Godunowa. Praktyki tej zaprzestano po 1712 roku, kiedy to stolicę Rosji przeniesiono do Petersburga. Wyjątkiem było jedynie pochowanie w tym właśnie miejscu cara Piotra II. Po prawej stronie Placu Soborowego mieści się Sobór Zwiastowania (Błagowieszczenskij) z 9-ma lśniącymi w słońcu kopułami. Został on ukończony w 1489 roku i był z kolei prywatną świątynią w której carska rodzina przystępowała do sakramentów świętych. Znajduje się tu również kaplica z której, na osobności, car Iwan IV Groźny obserwował nabożeństwa w których oficjalnie nie mógł uczestniczyć, gdyż w 1572 roku popadł w konflikt z kościołem żeniąc się po raz czwarty. Łącznie podczas swego 54-letniego żywota miał siedem żon i zakusy na ósmą, nie wspominając już o licznych kochankach i nałożnicach. W Soborze Zwiastowania podziwiamy wyjątkowo cenny ogromny, pięciopoziomowy ikonostas z ikonami wybitnych artystów. Po lewej stronie placu, naprzeciw Soboru Zwiastowania mieszczą się dzwonnice: Iwana Wielkiego, Uspieńska i Filareta. Dzwonnica Iwana Wielkiego do XIX wieku była najwyższą budowlą w Moskwie. Prawo carskie zabraniało wznoszenia wyższych budowli od górującej nad Moskwą 81-metrowej dzwonnicy. W 1992 roku wznowiono pracę 18 pięknych dzwonów Dzwonnicy Iwana Wielkiego i my dziś także słyszymy ich brzmienie. Po obejrzeniu wszystkich świątyń Placu Soborowego kierujemy się na przylegający do niego Plac Iwana Wielkiego, na którym stoi 200-tonowy ogromny Car-dzwon. Powstawał on w latach 1733-1735 i miał trafić do Dzwonnicy Iwana Wielkiego, jednak w 1737 roku w Moskwie wybuchł pożar. Woda użyta do gaszenia żywiołu spowodowała rozerwanie, będącego jeszcze w formie, dzwonu. Uszkodzony dzwon, wraz z 11 tonowym fragmentem który od niego odpadł, jest dziś jedną z atrakcji turystycznych Kremla. Drugą jest stojąca nieopodal największa na świecie 40-tonowa armata Car-puszka, z której nomen omen ani razu nie wystrzelono. Po drugiej stronie Placu Iwana Wielkiego znajduje się nie udostępniony do zwiedzania Senat. Opuszczamy Kreml w refleksji, iż obecne tu przepiękne cerkwie, sobory pozbawione sa już niestety duszy. Nie są one żywe pod względem sakralnym, do którego zostały stworzone. Są martwymi muzeami. Po wyjściu z Kramla okrążamy dookoła jego mury, aby móc obejrzeć Sobór Wasyla Błogosławionego. Z zewnątrz robi on piorunujęce wrażenie swoimi 9-ma różnokształtnymi i różnokolorowymi kopułami. Obecnie jest on również martwy sakralnie, gdyż przynależy do Państwowego Muzeum Historycznego i pełni jedynie funkcje muzealne. Od strony Placu Czerwonego stoi przed nim pomnik kupca Minina i księcia Pożarskiego, którzy kierowali powstaniem narodowym, które doprowadzoło do wygnania z Moskwy w 1612 roku polskich najeźdźców. Dziś na cześć tego wydarzenia 4 listopada obchodzone jest w Rosji święto narodowe Dzień Jedności Narodowej. Sam Plac Czerwony swoją nazwę zawdzięcza własnie Soborowi Wasyla Błogosławionego i nie ma ona nic wspólnego z „czerwoną” rewolucyjną ideologią komunizmu. Mianowicie dawni moskwiczanie ów plac nazywali „krasnym”, co ówczas znaczyło pięknym, na cześć stojącego na nim pieknego Soboru Wasyla Błogosławionego. Z czasem jednak słowo „krasnyj” przestało znaczyć piękny (obecnie piękny=krasiwyj), a zaczęło oznaczać czerwony. Tak właśnie słowo piękny, przeewoluowało w czerwony. Wieczorem przechadzamy się jeszcze po GUM-ie (Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin) będącym najstarszym państwowym domem towarowym w Moskwie. W czasach komunizmu jego półki świeciły pustkami, a jeśli już cokolwiek na nich było, to i tak ciężko było to dostać, bo do każdego stoiska ustawiała się ogromna kolejka klientów. Dziś półki sprywatyzowanego GUM-u są wypchane po brzegi markowymi, drogimi produktami. Spacerujemy po placu Maneżowym w podziemiach którego znajduje się trzypiętrowe centrum handlowe Ochotnyj Riad. Ceny są tu bardzo wygórowane, kupuję 2 rolki papieru toaletowego i płacę za nie 10 zł. Na kolację kupujemy kebaby i jemy je leżąc na trawie w Sadzie Aleksandrowskim, jak wielu młodych Rosjan. Między nami chodzi lub jeździ konno wielu umundurowanych milicjantów, mimo iż są oni wszechobecmi nie ma się poczucia bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie w powietrzu unosi się atmosfera zagrożenia. Ostatnie godziny w Moskwie spędzamy na Dworcu Jarosławskim. Tu mając w toalecie do dyspozycji zlew, wychodek pod postacią dziury w posadzce otoczonej drewnianą kabiną, własne przybory toaletowe i 1,5 litrową plastikową butelkę muszę zażyć wieczornej kąpieli. Umycie w takiej „pisuarowej” kabinie swoich „juwenaliów” i innych strategicznych punktów dolnej partii ciała jest nie lada wyzwaniem i przygodą.

    Tu nocuję:
    Kolej Transsyberyjska
    Szczegóły dojazdu:
    Moskiewskie metro
  5. 5 Rosja, Obwód jarosławski, Jarosław Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Transsyb-gotowi...?...no to w drogę!TranssybTranssyb-toaletaTranssyb-samowarTranssyb-wagon restauracyjny10.09.2009 Za kilka minut o godzinie 00:35 nadejdzie upragniona chwila rozpoczęcia podróży niemalże mityczną Koleją Transsyberyjską. Stoimy na peronie Dworca Jarosławskiego przed naszym 6-tym wagonem i czekamy, aż prowadnica wpuści nas do środka. Do Irkucka mamy do przejechania 5200km, co równa się 4 dniom i 4 nocom. Długość całej trasy do Władywostoku wynosi 9288km, a podróż trwa 7 dób. Dlaczego kolej powstała? Dlatego, iż miała ona ostatecznie ugruntować przynależność dalekich, syberyjskich terenów do terytorium Rosji i umożliwić szybki transport drogą lądową tamtejszych surowców do centrum kraju. Budowę jej rozpoczęto 19.05.1891a już w 1903 roku można było pociągiem przejechać z Moskwy do Władywostoku. Cała trasa składa się z budowanych niezależnie 6-etapów kolei: Zachodniosyberyjskiej, Środkowosyberyjskiej, Krugobajkalskiej, Zabajkalskiej, Amurskiej i Ussuryjskiej. Ma też kilka odgałęzień m.in. Kolej Transmandżurska i Południowomandżurska (Mandżuria- obecnie północno-wschodni region Chin), Kolej Transmongolska prowadząca do Pekinu, czy oddana do użytku w 1989 roku Magistrala Bajkalsko-Amurska. Nasze miejsca niefortunnie usytuowane są w ostatnim i przedostatnim przedziale. Za nami tylko toaleta, palarnia i kosz na śmieci. Wiąże się to z faktem nieustannych pielgrzymek pasażerów na papierosa, czy do toalety itp. Rosjanie niestety nie zamykają za sobą drzwi dzielących nas od WC i palarni, tylko niemiłosiernie nimi trzaskają. Cierpliwość powoli się kończy, a prośby i groźby nie pomagają. Wpadam na pomysł i zawieszamy na drzwiach ogromną kartkę z napisem „Nie chliopać! Spasiba!” (Nie trzaskać! Dziękujemy!). Miało pomóc i rzeczywiście pomaga :)...., ale tylko na około12 godzin :(.

    Tu nocuję:
    Kolej Transsyberyjska
    Szczegóły dojazdu:
    Kolej Transsyberyjska
  6. 6 Свердловский Адм. район, Rosja, Kraj Permski, Perm Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    Życie w TranssybieŻycie w TranssybieŻycie w TranssybieTranssyb-na peronieTranssyb-na peronie11.09.2009 Toaleta oferuje mały zlew i początkowo jeszcze względnie czysty pisuar. Kran w swej dolnej części ma specjalny przycisk, chcąc uzyskać wypływ wody (tylko zimna) trzeba go cały czas trzymać przyciśniętym. Skutecznie eliminuje to jedną rękę z jakichkolwiek czynności toaletowych, za to maksymalnie minimalizuje ilość zużytej przez pasażerów wody. Z czasem wypracowuję sobie patent na, nazwijmy to, kąpiele w Transsybie. Codziennie wstaję wcześnie rano przed wszystkimi, biegnę do toalety, nalewam zimną wodę z kranu do kubka, a z kubka do 1,5 litrowej plastikowej butelki (butelki nie da się fizycznie podstawić pod kran). Z napełnioną w 2/3 butelką biegnę na drugi koniec wagonu do samowaru z wrzątkiem i dopełniam ją kipiącą wodą. Butelka gnie się od temperatury, trzeszczy, ale w miarę zachowuje ogólne kształty. Wracam do toalety i mam 1,5 litra ciepłej wody z którą mogę szaleć do woli (w podłodze toalety jest dziura niczym w prysznicu i można chlapać). Czy to dobry patent?? No cóż lepszego nie wymyśliłem, a ten się całkiem dobrze sprawdził. W każdym wagonie są 2 prawadnice, które naprzemiennie dbają o względny ład. Co chwila korytarzem przechodzą osoby sprzedające książeczki, piwo, biżuterię, zabawki, szkatułki i różne inne pierdółki. Pociąg zatrzymuje się kilkanaście razy na dobę, zwykle na 2-5 minuty. Każdego dnia przewidziane są również 3 dłuższe 15-30 minutowe postoje, mniej więcej odpowiadające czasowo śniadaniu, obiadowi i kolacji. Na peronach czekają już na nas tzw. babuszki, które oferują brusznicę (rodzaj cierpkich borówek), stygnące pierożki (właściwie jakby pączkowe bułeczki smażone na oleju) z mięsem, kapustą, ziemniakami, bliny, ciastka, rurki z toffi, zafoliowane dania obiadowe, a także napoje, piwo, zabawki, pluszaki itp. Dokładny rozkład miejsc i czasu postoju znajduje się na drzwiach przy toalecie, wiadomo więc gdzie, kiedy i na ile czasu pociąg się zatrzyma (rozkład na cała trasę podany jest w czasie moskiewskim). Ważne jest to choćby i z tego powodu, że w czasie postoju, jak i kilkanaście minut przed i po opuszczeniu większych stacji toalety w wagonach są pozamykane. Kierowca pociągu rusza zawsze zgodnie z rozkładem jazdy i jest w tej kwestii bogiem. Nie ma on obowiązku sprawdzania czy wszyscy konduktorzy przypilnowali, aby pasażerowie na czas wsiedli do wagonów. Dowiadujemy się o tym wówczas, gdy stoimy sobie spokojnie z całym tłumem na peronie a pociąg, ku naszemu zaskoczeniu, rusza (nasza prawadnica się po prostu zagapiła).W biegu wskakujemy do, na szczęście powoli, rozpędzającego się wagonu.

     

    Tu nocuję:
    Kolej Transsyberyjska
    Szczegóły dojazdu:
    Kolej Transsyberyjska
  7. 7 Центральный район, Rosja, Obwód nowosybirski, Nowosybirsk Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    NowosybirskNowosybirskNowosybirskKrasnojarsk12.09.2009 Dzień za dniem w Transsybie mija nam szybko. Rozmieniamy czas na drobne, a to dobra książka, a to posiłki, karty (karta idzie dobrze, a jak nawet nie idzie to wtedy wmawiam sobie że mam szczęście w miłości), pisanie pamiętnika, wypady do toalety. Prowadzimy dyskusje między sobą ( po polsku), z rosyjskimi współtowarzyszami podróży ( po rosyjsku) oraz wewnętrzne dialogi z samym sobą. Wymyślamy różne zagadki np.: znana smaczna rosyjska zupa??-zupa Gulaszowa (tylko kim był Gulaszow), znane rosyjskie ciasteczka??-kremlówki. Życie w Transsybie toczy się zgodnie z czasem moskiewskim, wszyscy się nim posługują i ja powoli przywykam, że choć na zegarku godzina 13:00, to za oknem już ciemna noc. Różnica czasowa między docelowym Irkuckiem, a Moskwą wynosi 5 godzin ( 7 godzin w stosunku do Warszawy), a w końcowym Władywostoku wzrasta ona do 7 godzin(czyli 9 godzin do Warszawy). Patrzę za okno i widzę tę słynną tajgę, piękną, złotą tajgę. Jest początek września, a prawie wszystkie drzewa już pożółkły, część z nich zrzuciła już nawet swoje liście tworząc na ziemi brązowe, pomarańczowe, czerwone, czy żółte „dywany”. Te liściaste drzewa, głównie brzoza, mieszają się z drzewami iglastymi, głównie modrzewiem, który nomen omen tez zrzuca igły. Wygląd tajgi jesienią należy oceniać przez pryzmat pogody. Co innego lśniąca, złocąca się i mieniąca tajga w pogodne dni, a co innego ponura, chłodna i depresyjna przy zachmurzonym niebie. Nasi współtowarzysze w wagonie cyklicznie się rotują. Podczas gdy podróż jednych dobiega już kresu, inni dopiero się dosiadają, by przejechać swój etap. Przedział dzielimy z Rosjanką, która z kilkuletnia wnuczką jedzie na Kamczatkę (nazywamy ją pani Kamczatka). Żeby tam dotrzeć musi przejechać całe 9288km do Władywostoku, a dopiero potem samolotem przedostać się na półwysep Kamczatka. 7 dni w pociągu dla jej wnuczki to prawdziwy test cierpliwości. Po 3 dniach podróży dziewczynka zaczyna mocno grymasić, zwłaszcza że nie jest wyspana, bo przedział obok ulokowują się 20-30-letni młodzi Rosjanie, którzy jadą do pracy na Syberię. Zachowują się oni głośno i arogancko mimo godzin nocnych, nie dając innym spać. Podróż sowicie zakrapiają sobie alkoholem, bez przerwy palą papierosy. W końcu jeden z nich niechcący rozszarpuje sobie przedramię jakimś żelastwem. Rana ma długość kilkunastu centymetrów, krew leje się soczyście. Na najbliższej stacj pojawia się lekarka i milicja, wezwani przez prawadnicę wagonu. Lekarka ogląda ranę, zmienia prowizoryczny opatrunek na drugi równie prowizoryczny, spisuje jeden protokół, a milicjant drugi i sprawa oficjalnie zostaje uznana za zakończoną. Jednak tuż po wznowieniu jazdy nasz rosyjski spremedykowany alkoholem bohater opatrunek zrywa uważając, iż jest mu niepotrzebny i zakrwawia pół przedziału. Dzień póżniej drugi z nich otwierając w naszym przedziale nożem zafoliowane kiełbasy, otwiera sobie przy okazji skórę dłoni na długości kilku centymetrów. Tych krwawych i hałaśliwych imprez nie wytrzymuje pani Kamczatka, której wnuczka chodzi po pociągu niewyspana i grymaśna. Wszczyna się kłótnia, a pani Kamczatka, chcąc usunąć z pociagu krewkich młodzieńców donosi prawadnicy, iż owi młodzi Rosjanie podobno pobili jedna z naszych dziewczyn. Prawadnica z koleji wzywa milicję na dworcu w Krasnojarsku. Wszyscy zostajemy wezwani na peron i tam przesłuchani. Atmosfera gęstnieje, tłum gapiów przygląda się temu co się dzieje. Finalnie wszystko kończy się tylko na spisaniu protokołu, ale my i tak zapamiętamy Krasnojarsk jako niemiłą kłótnię zakończoną milicyjną interwencją. Tymczasem Krasnojarsk generalnie pamiętać należy z niemalże kilometrowego mostu, który łączy tu brzegi szerokiego Jeniseju.

    Tu nocuję:
    Kolej Transsyberyjska
    Szczegóły dojazdu:
    Kolej Transsyberyjska
  8. 8 Rosja, Obwód irkucki, Irkuck Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Elektryczka-Buriat Bahir z piwem13.09.2009 W takich to lepszych lub gorszych realiach docieramy po 4 dniach do Irkucka. Jest godzina 15:12 czasu moskiewskiego, a za oknem egipskie ciemności, bo lokalnie jest już 20:12. Przesiadamy się w elektriczkę (podmiejski pociąg osobowy) i jedziemy do nadbajkalskiej Sljudanki. W pociągu zaczepia nas podpity, aczkolwiek sympatyczny Buriak Bahir. Dzierży on w dłoni plastikową 5-litrową butelkę piwa. Tu jest Rosja, tu wszystko musi być balszoje (wielkie). Piwo w puszkach litrowe, a w plastiku 5-litrowe. Bahir mówi, iż jest Buriakiem (kraina leżąca na południe od Bajkału i podbita przez Rosję), nie Rosjaninem i że samych Rosjan nie lubi. Ja będąc zmęczonym udaję, że mówię tylko po angielsku, żeby zniechęcić Bahira do rozmowy. Okazuje się jednak, że Buriak zna trzy słowa na krzyż po angielsku i ową moją angielszczyznę traktuje jako ciekawe i ambitne wyzwanie i tym bardziej chce mnie zagadać i oczywiście, a jakże, poczęstować swoim piwem. Bahir mówi, że ma dobra żonę i żyje sobie spokojnie, ale raz na miesiąc zostawia żonę na kilka dni i gna przed siebie, bo musi się napić. Tak po prostu lubi i basta. Po pociągu co chwila przechadza się 3 milicjantów. Kręci się tu też 4 młodocianych, podpitych oprychów. Rozmowę z Bahirem przerywa nagle bieg milicjantów, którzy jak na alarm, dopadają powyższych oprychów i biją ich niemiłosiernie na „kwaśne jabłko”. Wygląda na to , że znają owych typków spod ciemnej gwiazdy i nadużywając litery prawa pałują ich jakby profilaktycznie, tak na zaś, zanim coś przeskrobią, bo może coś przeskrobią. Wyżywają się, bo wiedzą, że stoi za nimi litera prawa. Pałują, aż żal patrzeć. Bahir ma strach w oczach, wręcz przerażenie. Do Sljudanki docieramy ok.23:30 czasu lokalnego. Na lewo rozciąga się ogromny Bajkał, na prawo wysokie góry Sajany, a my dowiemy się o tym dopiero rano. Jest tak ciemno, że praktycznie nic nie wydać. Rozbijamy namioty koło jakiegoś drewnianego domku. To nasza pierwsza noc pod namiotem na tej wyprawie, a więc chrzest namiotów. Jest bardzo zimno, mimo teoretycznie bezwietrznej pogody cały czas coś podwiewa namiot.

    Tu nocuję:
    Namiot w Sljudance
    Szczegóły dojazdu:
    Kolej Transsyberyjska
    Elektriczka Irkuck-Sljudanka
  9. 9 Rosja, Obwód irkucki, Sludianka Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    Sjudanka-dworzecSljudankaSljudankaBajkałBajkałOgnisko nad BajkałemPrzekem i 14.09.2009 Poranek budzi nas deszczem. Składamy namioty i pakujemy się w siąpiącym deszczu. Horyzont przejaśnia się tylko na chwilę. Decyzja, rezygnujemy z wyjścia w góry i zdobywania Piku Czerskiego oraz zobaczenia Jeziora Serca. Góry jakby parują w nieśmiałych przebłyskach porannego słońca. Pokryte ciemnymi chmurami wyglądają tajemniczo i groźnie. Szczytów wcale nie widać. Z pewnością tam dziś pada, pytanie tylko czy deszcz, czy śnieg. Gdy słońce chwilami wyjdzie zza chór, wtedy owe góry pięknie złocą się i mienią wszystkimi kolorami jesieni. Zostajemy w Sjudance, kupujemy „pradukty” (artykuły spożywcze), próbujemy wysuszyć namioty. Nad brzegiem Bajkału rozpalamy ognisko. Dziś jest zimno i wietrznie, na jeziorze wysoka fala. Krążą nad nim mewy, jacyś rybacy z łódki wędkują. Siedzę i piszę pamiętnik, a ręce kostnieją. Ania chowa się w śpiworze i zasypia. Zjawia się oczywiście jakiś kolejny podpity Rosjanin, który wyciąga zza pazuchy jakąś berbeluchę. Oczywiście chce pić za spotkanie i przyjaźń, dopatruje się w sobie polskich korzeni. Spławiamy go, choć nie jest to łatwe. Przy ognisku nad mroźnym Bajkałem jemy zupki instant i chleb pieczony na ogniu oraz prowadzimy długie dysputy o życiu. W końcu narastający ziąb przegania nas na dworzec. Sam dworzec jest piękny, cały wykonany z marmuru, czyli budulca w który obfitują tutejsze regiony. Pijemy rozgrzewające rozwodnione rosyjskie kawy. Można tu kupić małą lub dużą kawę, a różnica polega na ilości wody wlanej do plastiku, z którego zwykliśmy w polskich realiach pić piwo z nalewaka. Także duża to, czy mała kawa, to de facto ilość kawy (wsypywanej z jednorazowej torebki) jest taka sama. Sama zaś kawa jest bezsmakowa, jakby jałowa. Na dworcu płacę kolejne frycowe. Kupując przed wyjazdem aparat i akumulatorki naiwnie wierzyłem, że są one naładowane, a tymczasem trzeba je było zahartować. Doładowuję je na dworcu płacąc za to 35 rubli i nawet dostaję na to paragon. Na stacji spotykamy też naszego podchmielonego „przyjaciela”, który rano usilnie starał się poczęstować nas alkoholem oraz Bahira z pociągu. Obaj nie są już w stanie nas sobie przypomnieć. PS: Dowiaduję się właśnie, że Polacy zostali mistrzami Europy w siatkówce J Hurra!!!
    Tu nocuję:
    Pociąg Irkuck-Ułan Ude
    Szczegóły dojazdu:
    Elektriczka Sljudanka-Irkuck
    Pociąg Irkuck-Ułan-Ude
  10. 10 Rosja, Buriacja, Ułan Ude Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Ułan Ude-głowa LeninaKiachta-mongolskie dziecko15.09.2009 Od 00:18 do 6:00 jedziemy pociągiem do stolicy Buriacji Ułan-Ude. Tej nocy nie śpię ani sekundy. Czytam o Mongolii, do której lada dzień wjedziemy, piszę pamiętnik i kątem oka pilnuję ładujących się akumulatorków. Towarzyszy mi głośna orkiestra chrapiących pasażerów. Obok mnie śpi dwóch Mongołów (tu pierwszy raz spotykamy Mongołów). Wyglądają śmiesznie i diametralnie inaczej, niczym Flip i Flap. Pierwszy niski, gruby i korpulentny śpi wyciągnięty na łóżku jak długi. Drugi wysoki, szczupły i smukły z wystającymi kośćmi jarzmowymi i łukami brwiowymi kuli się w kłębek na krótkim łóżku. Rano maksymalnie zmęczony próbuję się pobudzić myjąc w toalecie głowę wypatentowym w Transsybie sposobem. Przy okazji chlapię gdzie się da, czym rozwścieczam prawadnicę. 6:05 rano, bladym świtem jesteśmy w Ułan-Ude. Jest bardzo zimno, około 0stC i mocno wieje. Nieprzespana noc wzmaga uczucie chłodu. Udajemy się do centrum miasta, by podziwiać największy na świecie pomnik głowy Lenina. Centrum miasta jest ładne i zadbane, ale wystarczy zrobić krok w bok i znajdujemy się jakby w innym świecie, gdzie wszystko popada w ruinę. Z dworca autobusowego chcemy dostać się do podgórskiej miejscowości Barguzin, skąd mamy zamiar zdobywać Święty Nos, choć pogoda ponownie nie sprzyja górskim eskapadom. Okazuje się, że jedyny autobus odjeżdża o 8:10, a jest 8:20. Cóż za niefart, nie mamy szczęścia :(. Okazuje się jednak, że autobus ma opóźnienie i jeszcze stoi na stacji. Jednak mamy szczęście :). Kierowca widząc nasze ogromne plecaki stwierdza, że nie ma miejsc, choć de facto je ma i nie wpuszcza nas do środka. Jednak nie mamy dziś szczęścia :(. Zmęczeni, przeziębieni, zawiedzeni postanawiamy spróbować wziąć odpłatną kąpiel w którymś z hoteli. Ostatnią kąpiel z prawdziwego zdarzenia braliśmy jeszcze we Lwowie Potrzebujemy regeneracji po 8 byle jakich nocach: jednej w pociągu Lwów-Moskwa, jednej na Dworcu Jarosławskim w Moskwie, czterech w Transsybie, jednej w namiocie w Sjudance w zimną i deszczową noc i jednej we wczorajszym pociągu. Kolejno hotele Barguzin oraz Buriacja odsyłają nas z kwitkiem. Żądają opłacenia całej doby hotelowej, a cenią się wysoko. Humory siadają na całego. Nieoczekiwanie zła passa odwraca się w hotelu Bajkał Pliaż, gdzie za równowartość 80zł otrzymujemy na 2 godziny do wyłącznie własnej dyspozycji całą saunę :):):). W końcu możemy porządnie wypocić i zmyć z siebie ośmiodniowy brud i przeprać ubrania. To jakby ”zmartwychwstanie” naszych ciał. Siły powracają, ponownie wracamy do gry. O 17:45 wyjeżdżamy pociągiem do niewielkiej przygranicznej miejscowości Nauszki. Dopadają mnie skutki nieprzespanej nocy, „odlatuję” na stojąco, ciężko mi utrzymać powieki. Godzina 23:30 jesteśmy w Nauszkach. Głucha noc. Dowiadujemy się, że pociąg do Mongolii odjeżdża za około 20 godzin i jest to drogi pociąg międzynarodowy. Noc spędzamy więc na dworcu (za opłatą). Co chwilę budzi nas albo wrzaskliwa opiekunka dworca, która najdrobniejszą sprawę załatwia krzycząc na forum, albo hałaśliwa grupa chińskich handlarzy. Wnoszą oni jakieś wielkie torby z towarami i kładą się na nich w trumiennej pozycji mumii. Pozycja niewygodna, ale towaru nikt im nie wykradnie.

    Tu nocuję:
    Dworzec w Nauszkach
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Ułan Ude-Nauszki
  11. 11 Suche Bator, Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Suche Bator-centrumSuche Bator-sjesta na targuZnak SojomboSuche Bator-uczennice16.09.2009 O godzinie 8:00 wpakowujemy się do zatłoczonego autobusu do Kiachty (postanawiamy nie jechać drogim międzynarodowym pociągiem). Kiachta to niewielkie przygraniczne miasto, którego lata świetności wiązały się ze szlakiem herbacianym, który przez nie przebiegał. Niegdyś przewożone tędy towary stanowiły aż 8% całego handlu zagranicznego Rosji. Lata świetności przeszły jednak do lamusa. Dziś Kiachta niewiele znaczy. W centrum miasta łapiemy "stopy" już do samego przejścia. Mieszkańcy zatrzymują się chętnie wiedząc, że na turystach można zarobić. Na przejście dociera sześć osób z siedmiu. Brakuje Mateusza, który pojechał sam i to jako jeden z pierwszych. Mamy problem, nie możemy się do niego dodzwonić. Napięcie narasta, w końcu to Rosja, tutaj można spodziewać się najniebezpieczniejszych rzeczy. Złe scenariusze na szczęście nie sprawdzają się. Mateusz gubi GPS-a w aucie i czatuje w Kiachcie próbując rozpoznać wśród samochodów swoją „taksówkę”. GPS się nie odnajduje, ale Mateusz jest cały i zdrowy. Granicy nie można sforsować pieszo, wsiadamy więc do mongolskiego busa, który już czeka na turystów, których postrzega przez pryzmat rubli, które zarobi. W busie siedzimy stłoczeni 1,5 godziny zanim udaje nam się wyruszyć. Międzyczasie jakiś cinkciarz chce nas wyrolować i wymienić nam w aucie ruble na turgiki po niekorzystnym kursie. Robi przy tum takie zamieszanie, że nawet przez chwilę myślimy, że jest on kierowcą, który chce pobrać z góry opłatę za przejazd. W końcu ruszamy. Jesteśmy 5-krotnie legitymowani przez rosyjskie i mongolskie służby celne. Dwukrotnie musimy wysiadać z auta i przepuszczać bagaże przez bramki-RTG. Opuszczamy niegościnną klimatycznie Rosję. Kraj w którym albo cały czas nam czegoś zabraniano (nie wolno bo nie wolno), albo cały czas ktoś chciał się z nami napić. Wjeżdżamy do Mongolii, kraju dzikiego, kraju większego od Polski 5-krotnie, kraju w którym żyje tylko 3 miliony mieszkańców. Od razu zauważamy, że jesteśmy w innym państwie. Powietrze jest tu bardzo przejrzyste, nawet do 100km. Panuje tu z reguły słoneczna pogoda, jak dziś ( podobno aż 250 dni w roku jest tu słonecznie). Wkoło roztaczają się wszechobecne równinne stepy, a w dali na horyzoncie malują się zarysy gór. Dojeżdżamy do niewielkiego miasta Suche Bator, będącego stolicą ajmaku (województwa). Nazwę otrzymało ono na cześć prokomunistycznego wojownika, który w latach dwudziestych walczył tu w imię rewolucji (Mongolia była drugim państwem na świecie, które proklamowało komunizm). Sam Suche Bator został wyniesiony do rangi bohatera narodowego. Oprócz miasta jego imię nosi centralny plac stolicy, na którym stoi jego pomnik. Do początku lat 90-tych znajdowało się tam również w mauzoleum jego zmumifikowane ciało, podobnie jak Lenina w Moskwie, czy Mao Tse Tunga w Pekinie. Próbujemy wymienić walutę (1$=ok1400turgików). Pani w kantorze na nasz widok wyłącza komputery i zamyka nam drzwi przed nosem. W pierwszym banku dowiadujemy się, że tutaj pieniędzy nie wymieniają, drugi z kolei oferuje nam wymianę jedynie drobnej sumy. Przed trzecim dopada nas cinkciara, która wbiega do banku i prosi bankierkę, aby podała nam zaniżony kurs wymiany, tak żebyśmy uznali, iż u niej wymiana lepiej się opłaca. W końcu udaje nam się wymienić pieniądze. Na każdy banknot (ja wymieniałem 20 i 50$) przeprowadzana jest oddzielna procedura wymiany, wypełniane są oddzielne kwity. Z kasetki wyjmowane jest specjalne urządzenie, które sprawdza autentyczność banknotów. Dopóki się nie rozgrzeje cofa nam wszystkie dolary i zapala się czerwona lampka, jednak już po kilkunastu sekundach banknoty przechodzą bez zarzutu i świeci się zielone światełko. Zauważamy, że społecznie wysoko jest tu ceniona państwowa praca. Wszyscy pracownicy banku, poczty, kolei, policji z dumą i namaszczeniem noszą swoje mundury. Spotykamy ubrane na galowo uczennice. Mongolska nauczycielka wyjaśnia nam, że dziś jest w szkołach obchodzone jakieś święto. W samym mieście brak jest publicznych toalet, koszy na śmieci, chodników, samochody jeżdżą jak chcą, a w zabudowie dominują blokowiska. Wszystko generalnie można kupić na targu. Handlarze namawiają do kupna ich towarów, jakiś chłop śpi na swoim wozie, a matka z dzieckiem prosi o turgiki. Zadbane w zasadzie jest tylko centrum miasta. Na ratuszu powiewa czerwono-niebieska flaga Mongolii z żółtym znakiem Sojombo. Kolor niebieski oznacza tu trwałoćś ojczyzny, czerwień symbolizuje rozkwit, z znak Sojombo świadczy o wolności i niepodległości Mongołów. Znajduje się on m.in. na fasadach budynków ważniejszych instytucji w Mongolii, banknotach, fladze, rejestracjach samochodowych. Ma swoją bogatą symbolikę, mianowicie występujące u góry 3 języki ognia to pomyślność i dobrobyt, trwałość narodu oraz rodziny. Znajdujące się poniżej koło to księżyc- ojciec narodu i słońce-jego matka. Dwa odwrócone trójkąty symbolizują zwycięstwo nad wrogami, zaś dwa prostokąty to sprawiedliwość, rzetelność i prawość. Środkowy element (yin i yang) to jedność i harmonia występująca w przyrodzie np.: mężczyzna i kobieta, ogień i woda. Boczne pionowe prostokąty oznaczają siłę i jednomyślność. W Suche Bator jemy pierwszy mongolski posiłek. Zamawiam tradycyjny cujwan będący mieszaniną kawałków smażonego mięsa z makaronem i dodatkiem warzyw, guriltaj szeł będący rodzajem zupy z mięsem (to mi akurat nie smakowało), a wszystko popijam sutej czaj, czyli słoną herbatą z dużą ilością mleka. Wieczorem wsiadamy do pociągu i jedziemy do stolicy. Nieoczekiwanie wrzątek z samowaru jest płatny (50 turgików). Wielokrotnie podbieramy go ukradkiem, kiedy prawadnica zajęta jest czymś innym. Ostatecznie jednak każe nam ona zapłacić za tyle kubków, ile mniej więcej wzięliśmy (upsss- jednak wszystko widziała).

    Tu nocuję:
    Pociag Suche Bator-Ułan Bator
    Szczegóły dojazdu:
    Autobus 8:00 Nauszki-Kiachta
    Stop/taxówka Kiachta-przejście graniczne
    Pograniczny bus mongolski przejście graniczne-Suche Bator
    Pociąg Suche Bator-Ułan Bator
  12. 12 Ułan Bator, Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Ułan Bator-parlamentUłan Bator-Czingis-chanUłan Bator-plac Suche BatoraUłan Bator-pomnik Suche BatoraUłan Bator-restauracja 17.09.2009 Na miejscu jesteś około 6:00. W dworcowej toalecie zaczepia mnie sympatyczny Mongoł mówiący po polsku. Okazuje się, że w latach 1972-1977 w ramach studenckiej wymiany zaprzyjaźnionych krajów bloku socjalistycznego studiował on w Warszawie boks i znał Jerzego Kuleja. Nazywa się dość skomplikowanie, ale prosi żeby mówić na niego Zygmunt (tak go przezwano w Polsce).Wygląda dość niedbale. Ma brudne ubranie, za małe obuwie i szramy na twarzy. Tłumaczy, że wczoraj świętował z przyjaciółmi zdobycie przez reprezentantów Mongolii 3 medali na mistrzostwach świata w boksie rozgrywanych w Mediolanie, w tym złotego w wadze papierowej. Gdy podchmielony wracał do domu został napadnięty. Zabrano mu zegarek, telefon komórkowy i buty oraz poturbowano. Kupujemy mu wodę, bo strasznie go suszy. Następnie dzwonimy po jego syna, który może nas oprowadzić po Ułan Bator (co znaczy dosłownie czerwony bohater). W tym celi idziemy przed dworzec, gdzie siedzą osoby ze stacjonarnymi telefonami i za opłatą 300 turgików łączą rozmowę. Nasz „telefonista” jest ślepcem, który w ten sposób zarabia na życie. Początkowo wydaje się, że linia jest zajęta, ale nagle nasz ślepiec dochodzi do wniosku, że źle wykręcił numer i kilkakrotnie wykrzykuje: „chuuujnia”! Ostatecznie jednak żegnamy się z Zygmuntem i postanawiamy sami, z mapą zwiedzać stolicę. Na początek udajemy się do guesthouse’u Idre’s (www.idretour.com). Przyjazne miejsce. Pokoje wygodne, dostęp do prysznica, pralki, telewizji, kuchni, internetu. Razem z Idre planujemy 14 dniową objazdową podróż po Mongolii. Mamy przed sobą wielką mapę z przykładowymi trasami przejazdu. Mówimy co chcemy zobaczyć i ile mamy dni do dyspozycji. Idre zapewnia samochód, kierowcę i podaje cenę ok. 3500zł za 14-dniowa podróż (tylko 500zł na osobę), z czego połowa ceny przeznaczona jest na benzynę. Po południu idziemy zwiedzać Ułan Bator (do 1924 roku zwane Urgą). Podziwiamy z zewnątrz najważniejszą świątynię w Mongolii (odpowiednik naszej Jasnej Góry), buddyjski Klasztor Gandan (dokładnie zwiedzimy go za 2 tygodnie). Trafiamy na centralny Plac Suche Batora, na środku którego stoi wykonany w 1961 roku pomnik Damdiana Suche Batora. Najbardziej okazałym budynkiem przyjegającym do placu jest Parlament. Tuż przed jego wejściem znajduje się wielki pomnik Czyngis-chana. To tutaj wcześniej znajdowało się mauzoleum Suche Batora i Czojbalsana. Do niedawna kult Czyngis-chana był tępiony pod naciskiem Związku Radzieckiego, bo jakże Rosjanie mogli pozwolić, aby czcić kogoś, kto kilkakrotnie palił Moskwę. Dziś wszystko w Mongolii nazywa się jego mianem: wódka, hotele, lotnisko, widnieje on także na banknotach. Sam Czyngis urodził się około 1155-1167 roku w krainie Chentej i był synem dowódcy jednego z wielu mongolskich plemion. Gdy miał 8-9lat, stracił ojca, którego prawdopodobnie otruto. Nastały ówczas dle niego ciężkie czasy. Najbliższych kilka lat mały Temudżyn (tak go nazywano) przeżył z matką i braćmi w biedzie. Podobno zabił nawet jednego z braci, gdy ten zabrał mu złowioną rybę. W Mongolii trwały ówczas bezustanne międzyplemienne walki. Mały Temudżyn dostał się do niewoli, ale zdołał się z niej wydostać. Stopniowo dzięki nieprzeciętnym zdolnościom, odwadze, waleczności, pałający chęcią zemsty Temudżyn, przez około 20 lat podbijał sąsiednie plemiona. Ostatecznie w 1206 roku zwołano Wielki Kurułtaj i przyznano Temudżynowi tytuł Czingis-chana władającego zjednoczonym i cały czas powiększającym się Imperium Mongolskim. Owe imperium swego czasu rozciągało się od Oceanu Spokojnego, aż po granice Polski (przegraliśmy z Mongołami wielką bitwę pod Legnicą) i historia jak do tej pory nie zna większego imperium. Czyngis-chan zmarł 12.08.1227 roku, a jego imperium początkowo rozrastające się stopniowo zaczęło się rozpadać na skutek wewnętrznych sporów. Mongołowie do dziś są dumnie, że mieli tak wielkiego przodka i tak silne państwo, które „rozdawało karty”. Dziś z tej świetności nie pozostało absolutnie nic, a sama Mongolia jest bardzo zacofanym państwem. W stolicy brak jest chodników. Rodzice noszą swe małe pociechy na rękach, bo po takich wertepach nie ma jak prowadzić wózka. W wielu miejscach walają się śmieci. Samochody jeżdżą jak chcą i głośno trąbią, wszyscy trąbią, cały czas trąbią. Zielone światło na przejściu dla pieszych wcale nie oznacza, że można przejść na drugą stronę. Trzeba być bardzo ostrożnym. Wracając zachodzimy do restauracji Mongolian Barbeque, gdzie za 11900 turgików (1$=ok1400turgików) możemy w ciągu 2 godzin jeść ile chcemy i co chcemy. W pojemnikach leżą różnorodne owoce i warzywa np.: ananasy, pomarańcze, brzoskwinie, kukurydza, pomidory, bakłażany, cebula, czosnek, papryka, ziemniaczane talarki. Obok nich różnorodne sery i twarogi, 12 rodzajów mięs i tyleż samo sosów. Wszystko to w dowolnych ilościach i kombinacjach ląduje na naszych talerzach, po czym kucharz na wielkim, okrągłym piecu grillowym kroi to na drobne kawałki, miesza i piecze. Czyni to z wielką finezją, żonglując na metrowej długości „nożu” kawałkami warzyw. Ów nóż ma zaledwie 2-3cm średnicy. Lewą ręką trzyma on talerz za swoimi plecami, a prawą trafia do niego żonglowanymi warzywami lecącymi długim i wysokim lobem. Następnie układa na leżącym nożu kawałki mięsa jeden za drugim i energicznie podbija nóż uderzając w jego rękojeść. Kawałki mięs podskakują w powietrze pionowo jeden nad drugim, jakby były paciorkami nanizanymi ja jakąś żyłkę i kolejno lądują na podstawionym talerzu. Każdy nas z zjada po kilka porcji. Z przejedzenia boli mnie brzuch. Toaletę odwiedzam jeszcze w restauracji. Wracając do guesthouse’u przyjmuje pozycję pochyloną, żeby zmniejszyć rozciągnięcie brzucha. Robimy jeszcze zakupy na podróż i ku naszej uciesze odnajdujemy na półkach polskie ogórki i sałatki „Urbanek”.

    Tu nocuję:
    Idre Guesthouse
    Szczegóły dojazdu:
    Zwiedzanie stolicy
  13. 13 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinychinychinychinyruszamy w stepmongoliamongoliamongoliamongoliamongoliamongoliamongolia18.09.2009 Dzień 1-szy. Godzina 9:00 rano wyjazd. Pakujemy plecaki do rosyjskiego paliwożernego auta (będę je nazywał UAZ-em, choć nim nie jest, pali ok.20litrów benzyny/100km) i wyruszamy w 14-dniowa podróż. Samochód jest 8-osobowy. Kierowcą jest 30-letni sympatyczny Mugi, który ma władać językiem rosyjskim. Zostaję wydelegowany na miejsce przy kierowcy, gdyż najlepiej znam rosyjski i mam zagajać rozmowę. Mugi jednak, jak się okazuje, ni w ząb nie zna rosyjskiego, a po angielsku z trzy słowa powie. Udaje mi się jednak dowiedzieć, że od 7 lat wozi turystów i ma małego 3-letniego synka. Przejeżdżamy przez miasto, przedmieścia, mijamy lotnisko (oczywiście imienia Czyngis-chana) na którym zeszłej zimy przymarzł prezydencki polski Tupolew. Za rogatkami miasta kończy się asfalt. Jedziemy żwirówkami, które wiją się różnokierunkowo. Czasami przecinają się one, czasami któraś z nich odbije w lewo lub prawo i tylko kierowca wie którą z nich jechać, bo przecież żadnych znaków nie ma. Nie wiem czy da się tu samemu podróżować przy pomocy GPS-u, czy jednak jest to kraj, w którym zawsze bezwzględnie trzeba mieć mongolskiego kierowcę. Za oknem roślinność stepowa, pojedyncze kępy zielonych, żółtawych, brunatnych traw. Żadnych krzewów, czy drzew. Monotonia. Początkowo widzę wszędzie dużo porozrzucanych śmieci, ale im dalej od Ułan Bator, tym mniej plastikowych butelek, papierów, opon pozostawionych na stepie. Zatrzymujemy się przy kurhanie wotalnym zwanym „owo”. Jest to kupa kamieni złożona na pryzmę i przewiązana niebieskimi szarfami zwanymi chadakami. W ten sposób Mongołowie, nie mając zbyt wiele do dyspozycji, oddają cześć bogu. Owo jest więc swego rodzaju kapliczką. Widząc je należy się zatrzymać, obejść je do okoła, pomodlić się i dołożyć coś od siebie. Może bo być kamień, banknot, bilet. Spotykałem także przebite opony, czy kule kogoś kto z pewnością nie mógł chodzić i ozdrowiał. Modlę się tu o szczęśliwą i bezpieczną podróż. Następnie docieramy do ZORGOL KHAIRKHAN MOUNTAIN i wysiadamy przy małym stawie/jeziorku leżącym u podnóża gór. Jakiś pasterz poi tu właśnie swoje stado koni i bydła. U podnóża góry stoi kolejne owo przewiązane niebieskimi chadakami. Kolejny przystanek to znowu zbiornik wodny, a przy nim stado owiec i kóz. Jest też dużo brodzących ptaków. Brzegi jeziorka porasta bujna roślinność kontrastująca z surowością otaczającego stepu. Przerwę obiadową robimy w tzw. guanzie. Jest to pojedynczy dom i jurta pasterska, który gdy tylko zjawia się klient staje się restauracją. Gospodyni w kuchni przyrządza posiłek i serwuje go w sali obok. Jest to także sklep mający dosłownie trzy produkty na krzyż. Przed wejściem leniwie leży pies, obok stoi bateria słoneczna z podłączonym akumulatorem. Przed jurtą stoi motor i duży talerz anteny satelitarnej. Posilamy się i ruszamy w dalszą podróż. Wieczorem docieramy do BAGA GAZRIIN CHULUU RUINS, będącego formacja skalną o wysokości 1768m.n.p.m. w której zachowały się resztki ruin kryjówki jednego z potomków samego Czyngis-chana (podobno). Skały wyglądają pięknie na tle chylącego się ku zachodowi słońca. Mają one gładkie brzegi, co jest wynikiem wielowiekowej erozji wietrznej. Są tu liczne owa będące stosami ułożonych na sobie kamieni. Jedno z nich jest drewniane i przypomina kształtem głowę konia przewiązaną wypłowiałym chadakiem. Inne to dwa drzewa, które poobwiązywano chadakami. Dochodzę do głębokiego kanionu, który oglądam z góry oraz ruin, które być może rzeczywiście mają kilka wieków. Słońce zachodzi i nagle robi się bardzo zimno, a dodatkowo mocno wieje. Decydujemy się przenocować w ger campie za 3000 turgików od osoby. Jest to dla każdego z nas pierwsza w życiu noc w jurcie. Sama jurta (ger) wygląda następująco. Jej podstawę stanowi z reguły drewniana podłoga o kształcie koła. Niskie drzwi znajdują się zawsze od strony południowej, ma to zapewnić pomyślność. Próg jest wysoki i nie wolno go nadepnąć przy przechodzeniu, bo źle to wróży. Rusztowanie ścian jurty zrobione jest z cienkich drewnianych listewek tworzących składaną kratownicę. Wszystko razem umacnia się poprzez związanie sznurem. W środku jurty, w suficie, znajduje się drewniany krąg wsparty na dwóch słupach. Ów krąg, znajdujący się na środku sufitu, łączy się z drewnianym rusztowanie ścian 60-ma listewkami. Taki szkielet jurty pokrywa się wojłokiem, będącym mocno ubitą, gęstą, termoizolacyjną owczą wełną. Na środku jurty stoi piecyk (potocznie zwany kozą), z którego odchodzi blaszany komin wychodzący na zewnątrz poprzez okrąg w suficie (podzielony z reguły na 8 trójkątnych części, jakby okienek). Często do tego okręgu podwieszony jest jakiś ciężki przedmiot stabilizujący jurtę np.: kowadło, głaz, kaloryfer, chłodnica samochodowa, pustak budowlany. W jurcie nie ma nic zbędnego, a pojedyncza rzecz pełni z reguły kilka funkcji. Przykładowo okrąg w suficie jest oknem przez które wpada światło, miejscem wentylacji jurty, wyjściem komina, zegarem słonecznym lub kalendarzem (podział na 60-lat, które tworzą cykle 5 żywiołów, a w każdy żywioł zawiera w sobie powtarzającą się sekwencję 12-tu lat zwierzęcych np.: rok psa, szczura, świni. Finalnie 5x12=60 i tyle właśnie jest drewnianych listewek łączących okrąg sufitu jurty z jej ścianami). Gospodyni jurty przynosi opał pod postacią suchych zwierzęcym odchodów, rozpałkę i już po chwili w jurcie robi się bardzo, bardzo ciepło. Na zewnątrz natomiast jest coraz zimniej i coraz mocniej wieje, ale do środka dobrze ocieplonej jurty nic się nie przedostaje. Dostajemy też wrzątek w termosie pachnącym kumysem. Rano nadal strasznie wieje, a w nocy poprószył śnieg. Temperatura spadła więc poniżej zera. Powoli przyzwyczajamy się do dobowych skoków temperatur charakterystycznych dla Mongolii. Bo sama Mongolia położona ok. 2000m.n.p.m. jest (o tej porze roku) jak kobieta w bikini na słońcu. Palące słońce rozgrzewa w dzień jej piaskowe, stepowe ciało do 30stC, zaś gdy tylko słońce pochyli się ku zachodowi momentalnie stygnie ochładzając się nawet do temperatury poniżej 0stC.

    Tu nocuję:
    Jurta niedaleko ruin BAGA GAZRIIN CHULUU RUINS
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ UŁAN BATOR-BAGA GAZRIIN CHULUU RUINS
  14. 14 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinymongoliamongoliamongolia19.09.2009 Nazajutrz, 2-go dnia eskapady, jedziemy do wsi LUUS, gdzie znajduje się kilkanaście domów na krzyż, ale co dal nas ważne jest tu także mała stacja benzynowa. Nadal bardzo mocno wieje, zwykłe oddanie moczu na takim wietrze sprawia duży kłopot. Kilkakrotnie widzimy jak wiatr zasysa piasek i kręcąc tworzy mini trąby powietrzne. Za oknem auta step zaczyna się zmieniać z trawiastego, w bardziej kamienisty. Pogoda psuje się jeszcze bardziej, widoczność spada do kilkunastu, a miejscami nawet kilku metrów i już w ogóle nie mam pojęcia skąd Mugi wie którędy ma jechać. Generalnie jedziemy teraz bardzo wolno ok20km/h, a nasz przeciętna prędkość na mongolskich bezdrożach wynosi 40km/h (trzeba o tym pamiętać rozplanowując podróż po Mongolii), maksymalnie osiągamy 60km/h. Mijamy siedzące i próbujące przetrwać tę burzę piaskową stado wielbłądów i niedługo po tym sami się zatrzymujemy. Mugi wyjmuje kanister z przepalonym olejem i zaczyna natłuszczać nim karoserię samochodu, aby ziarenka piasku uderzające w nas z ogromną prędkością nie zniszczyły jej zbytnio. W końcu dojeżdżamy do niewielkiej ok.200 metrowej jaskini i penetrujemy ją na wylot. Idziemy przygarbieni, na kucaka, na czworaka, a momentami nawet czołgamy się świecąc sobie czołówkami. Jesteśmy cali w piasku (a wiadomo, że kąpieli to dziś nie będzie), ale najważniejsze, że kolejna atrakcja zaliczona. Popołudniu dojeżdżamy zaś do dzisiejszej głównej atrakcji TSAGAAN SUVRAGA, czyli wielkich białych, piaskowych klifów. Stojąc na ich szczecie podziwiamy daleki horyzont Pustyni Gobi, na której już jesteśmy. Jak okiem sięgnąć wszędzie widać tylko wydmy, żadnych ludzi, żadnych zwierząt, żadnej cywilizacji. Wiatr, który nadal strasznie mocno wieje, hula po pustyni zamiatając piaskiem, który z kolei nie oszczędza obiektywów naszych aparatów. Większość wydm jest typowo żółtawa, jednak część z nich jest przypruszona jakby ceglastym, czerwonawym barwnikiem, który pięknie kontrastuje z bladym piskiem. Wiatr nie pozwala nam zbyt długo podziwiać krajobrazu, okrążamy jeszcze tutejsze owo i chowamy się do auta. O godzinie 15 dojeżdżamy do ger campu. Nocleg w namiotach ze względu na silny i zimny wiatr nie wchodzi w grę. Jurty nie są już tak dobrze ocieplone wojłokiem jak wczoraj. Gospodarze obsypują od nawietrznej strony jurtę piaskiem, gdyż od spodu podwiewa ją przenikliwie zimny wiatr. W dachu jurty jest dziura, gdyż będąca tam szybka pękła i wyleciała. Nomadzi przynoszą więc taśmę klejącą i robią z niej prowizoryczną „szybkę”. Wstawiają do środka piec-kozę i komin i rozpalają go suchym łajnem, ale coś słabo grzeje. Na zewnątrz zziębnięte wielbłądy ryczą wniebogłosy, niczym bolidy F1. To zaskakujące, ale naprawdę wielbłądy wydają z siebie dźwięki, które do złudzenia przypominają warkot silników rozpędzonych bolidów. Jednakże nomad jadący niezgrabnie na kontrowersyjnej urody wielbłądzie, niczym poza owymi dźwiękami, nie przypomina Kubicy w bolidzie. Wieczorem, wbrew oczekiwaniom, wiatr się ucisza. Wychodzimy porzucać frisbee, pod którego lot wielbłądy dają nam podkład muzyczny oczywiście z F1. Wkoło bezkresna przestrzeń stepowej Gobi, a nad nami rozgwieżdżone, bezchmurne niebo z tysiącami gwiazd i Drogą Mleczną. Jest w tym wszystkim jakaś magia, jakieś uczucie wyjątkowości. Jest tak bardzo inaczej, że można wyobrażać sobie, że stoimy na innej planecie, którą jako pierwsi mamy okazję poznać.

    Tu nocuję:
    Jurta niedaleko klifów TSAGAAN SURVAGA
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ BAGA GAZRIIN CHULUU RUINS-TSAGAAN SURVAGA
  15. 15 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    mongoliamongoliamongolia20.09.2009 Nad ranem, 3-go dnia podróży, znowu wieje. Wyjeżdżamy o 9:00. Czujemy że jesteśmy na Gobi. Towarzyszą nam piaski i stada baktrianów (wielbłądy dwugarbne). Gobi to głównie step (wbrew saharyjskim wyobrażeniom). Stanowi ona ok.30% powierzchni Mongolii, ale tylko jej 3% ma typowy piaskowo-wydmowy charakter. Przyjęło się mówić, iż Gobi ma 33 oblicza, gdyż jej krajobraz zmienia się co kilkadziesiąt kilometrów. Dziś tradycyjnie kila godzin spędzamy w aucie, aby popołudniu dojechać do dzisiejszej atrakcji, którą jest BAJANDZAG. Są to piękne, wysokie, spadziste klify i różnokształtne formacje wyrzeźbione w czerwonym piaskowcu. Dominuje tu ceglasty kolor, a w tle bezkresny horyzont piaszczystej, dzikiej Gobi, po której jakiś pasterz przepędza stado owiec. Idąc w stronę klifów mijamy jednego jedynego handlarza, który próbuje nielicznym turystom sprzedać pamiątkowe figurki, paciorki, kamienie. Twarz ma wysmaganą od wiatru. Obok siedzi jego żona i bawi się z parką kilkuletnich pociech. Wieczorem wybucha spór o nocleg. Najpierw nie godzimy się na jurtę w której są tylko 2 łóżka (zwykle jest ich 6-7) i spanie na ziemi przy normalnej cenie 3000 turgików za osobę. Potem zastanawiamy się czy szukać innego ger campu, czy może przenocować w namiocie przy tzw. pustynnym lesie, który ze swymi karłowatymi drzewkami jest atrakcją turystyczną, na tym stepowo-pustynnym terenie. W końcu decydujemy się na jurtę. Dzisiejsza jest lepsza od wczorajszej. Jest nawet żarówka zasilana akumulatorem. Wystrój typowy: kilka łóżek, piec, stół oraz zdjęcia rodzinne tutejszych nomadów i medale z wyścigów na wielbłądach. Gospodyni pomaga nam rozpalić w piecu i przynosi wrzątek w termosie. Na zewnątrz jurty chodzi spore stado kóz i owiec, u jej progu leży pies, a do środka stara się wcisnąć wszędobylski i sprytny kocurek. Noc zapowiada się ładnie. Niebo jest rozgwieżdżone i doskonale widać na nim sferyczność Drogi Mlecznej.

    Tu nocuję:
    Jurta niedaleko klifów BAJANDZAG
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ TSAGAAN SURVAGA- BAJANDZAG
  16. 16 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    mongoliamongoliamongolia21.09.2009 4-go dnia startujemy o 8:30. Znowu kilka godzin w naszym „UAZ-ie”. Przejeżdżamy przez dwie małe miejscowości. W pierwszej z nich wymieniamy walutę (de facto robi to za nas Mugi, gdyż bankier żąda danych obywatela Mongolii przy transakcji) i kupujemy trochę podstawowych produktów: wodę, papier toaletowy, cukierki dla mongolskich dzieci, rodzynki, piersiówkę, dżem, baterie, chleba nie udaje się zdobyć. Ok.14 docieramy do Parku Narodowego Gobi GURWAN SAJCHAN, będącego częścią Ałtaju Gobijskiego. Rozciąga się tu górska, malownicza dolina JOLYN AM. Przy wjeździe do parku mały sklepik. W nim lokalne skórzane wyroby, figurki Buddy, tradycyjne, mongolskie, jedwabne czapki ze szpiczastymi czubkami, buty z zadartymi do góry noskami, aby nie ranić matki ziemi. Przed sklepem siedzą Mongołowie w typowych ubraniach zwanych deel. Deel jest wielofunkcyjnym płaszczem z za długimi rękawami, którym nomad owija się 1,5 raza wokół ciała i przewiązuje paskiem. Długi do ziemi deel zabezpiecza buty przed nasypaniem się do nich pustynnego piasku. Skutecznie chroni przed wiatrem i zimnem. Za pazuchę można wsadzić butelkę z archi lub ajrakiem, tabakierkę lub inne dość duże przedmioty. Długie rękawy chronią dłonie przed mrozem, a w nocy deel może być materacem lub kołdrą. Miejsce jest piękne, a pogoda słoneczna. Doliną Jolyn Am, otoczoną wysokimi górami, płynie strumyk, przy którym pasja się krowy, jaki i koniki Przewalskiego. Wszędzie biegają zwinne szczekuszki (gryzonie podobne do chomików), które w pyszczkach noszą roślinki do swoich norek wyrytych w ziemi. Ciężko je sfotografować, są bardzo szybkie. Na szczęście są też bardzo niecierpliwe i wystarczy poczekać w spokoju i ciszy kilkadziesiąt sekund, aby po ucieczce ponownie ujrzeć zabawny pyszczek wyglądający badawczo z norki. Słońce mocno przygrzewa, ale mimo tego gdzieniegdzie leży śnieg. Gdy wchodzimy w cień skał to robi się chłodno, zwłaszcza że w dolinie hula wiatr. Po drodze wielokrotnie spotykamy wotalne kurhany owo. Wspinamy się (nie bez trudu) na jeden ze szczytów o wysokości 2380m.n.p.m.(pomiar z GPS). Po opuszczeniu parku kierujemy się do ger campu. Jak dla nas jest zbyt zimno i zbyt wietrznie na nocleg w namiotach, tym bardziej że twardy grunt nie nadaje się do wbijania śledzi. Nasz gospodarz mieszka sam, nie założył rodziny. Wchodzi do naszej jurty bez pukania kiedy chce. Po prostu czuje się jak u siebie w domu, bo i tam jest. My natomiast czujemy się trochę skrępowani. Dziś ja jestem odpowiedzialny za rozpalenie pieca i szczęśliwie skutecznie wywiązuję się z zadania. Toaleta, jak wszystkie tutaj, to dół wykopany w ziemi i obity deskami. Taka nasza polska sławojka. Taka toaleta służy też nam za łazienkę, a menaszka z niewielką ilością ciepłej wody to wanna. Wkoło hula wiatr, a przed drzwiami wychodka leżą sobie kozy i owce. Człowiek czuje się tu naprawdę wolnym i bliskim natury. Jakże skromnie i niewygodnie, ale jakże szczęśliwie.

    Tu nocuję:
    Jurta przy dolinie JOLYN AM
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ BAJANDZAG- Park Narodowy GURWAN SAJCHAN z doliną JOLYN AM
  17. 17 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinymongoliamongoliamongolia22.09.2009 Dzień 5-ty. Wyjeżdżamy o godzinie 9:00. Mugi wiezie nas do miasteczka w którym tankujemy paliwożerne auto i kupujemy prowiant. Nie mamy chleba, ciężko go tu dostać, ale Mugi prowadzi nas do prywatnego domu. Tam gospodyni prowadzi coś na wzór przydomowej piekarni. Kupujemy kilka bochenków pieczywa, które okazuje się być bułką drożdżową z rodzinkami, ale i tak jest świetne. Następnie jedziemy ponad 100 kilometrów jakby w niecce, dolinie pomiędzy dwoma masywami górskimi. Na lewo i na prawo góry, a w środku nizina o szerokości kilkudziesięciu kilometrów. Oczyma wyobraźni już widzę Czyngis-chana, który ze swoją armią ustawia się tu naprzeciwko wrogiego wojska do bitwy. Po obu stronach skały, przegrany nie będzie miał gdzie uciekać. Zwycięzca wytnie pokonaną armię w pień. Po lewej stronie towarzyszą nam wysokie na 300 metrów wydmy. Prawdopodobnie masy powietrza wieją tu zawsze w tym kierunku i osadzają pod skałami kolejne warstwy piasku. Po drodze spotykamy UAZ-a z 4 turystami z Polski (jeszcze nie wiem, że będziemy dziś nocować we wspólnym ger campie). Chwilę później kolejny postój, przymusowy- łapiemy kapcia. Na szczęście mamy 2 koła zapasowe, jedno w aucie, drugie pod podwoziem. Mugi bardzo sprawnie wymienia koło, ale jednocześnie wyraźnie się stresuje. Zależy mu na walce z czasem. My nie wiem, a on już wie, że nadchodzi burza piaskowa. Pędzimy 80km/h, auto skacze po stepowych wybojach, a Mugi wciąż powtarza: „Strong wind”. Do ger campu docieramy na początku burzy piaskowej. Nici z dzisiejszego zwiedzania wydm CHONGORYN ELS (dosłownie „śpiwające wydmy” ze względu na odgłosy wydawane przez hulający wiatr). Ciągną się one na długości ok120km, ich maksymalna szerokość dochodzi do 12km, a wysokość sięga 800metrów, choć te które akurat widzimy mają 300metrów. Wieczorem odwiedzają nas spotkani dziś Polacy, którzy nocują w jurcie obok. Dwóch z nich odbyło zimową podróż do Chin. Snują nam opowieści o Państwie Środka. W nocy słyszymy jak szaleją tutejsi Mongołowie, którzy sobie wyraźnie popili. Krzyczą, biegają, szamoczą się, jeżdżą gdzieś UAZ-ami. Dobrze, że nasz Mugi nie ma zwyczaju pić, ani palić i generalnie stroni od wszelakich używek. Jednak to prawda, że Mongołowie, mający dzikie dusze, dostają po alkoholu „małpiego rozumu”.

    Tu nocuję:
    Jurta przy wydmach CHONGORYN ELS
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ Park Narodowy GURWAN SAJCHAN z doliną JOLYN AM- wydmy CHONGORYN ELS
  18. 18 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    mongoliamongoliamongolia23.09.2009 Nazajutrz, 6 dnia mongolskiej eskapady, wspinamy się na 300 metrowe wydmy, osiągając wysokość 1400m.n.p.m. W piasku, pod górę idzie się bardzo ciężko, jakby to było co najmniej 800metrów przewyższenia, a nie tylko 300. Poranek stopniowo się wypogadza. Spędzamy na szczycie 1,5 godziny. Zachwycam się widokiem piaszczystych wydm, gór, wysychającej rzeczki z pasącymi się przy niej wielbłądami i nielicznymi rozsianymi po pustyni jurtami. Przezierność powietrza jest zdumiewająca. Po powrocie kąpiemy się w wysychającej rzeczce. Maksymalna głębokość wody 40cm, dno muliste, wkoło kupy wielbłądów. Trzeba nie ruszać nogami przy kąpieli w lodowatej wodzie, bo od razu ulega ona zmąceniu i zamuleniu. Słońce na szczęście mocno praży. Obok pasie się wielbłąd, który wcina sukulenty mające tak ostre kolce, że broń boże stanąć na nie bosa stopą. On zaś jest tak przystosowany przez naturę, że miele je w zębach i wcale go to nie boli. Przepieramy z grubsza nasze ubrania, a następnie suszymy je na jurcie. Wieczorem nie lada atrakcja, jazda na baktrianach. Ach te wielbłądy, najtrafniej opisuje je Wojciech Starżyński, cytowany w książce Bolesława Uryna pt. „Mongolia-świat jurt, koni i szamanów”: „...mongolskie, dwugarbne wielbłądy to naprawdę niezwykłe zwierzęta – opowiadał mi dalej Wojtek. - Bóg musiał być w doskonałym humorze, gdy je tworzył. Czemu – pytasz? Ten, kto dumnie nazwał mongolskiego baktriana okrętem pustyni, chyba nie widział z bliska tego dziwoląga, łączącego dostojeństwo błazna o minie znudzonego monarchy z garbem dzwonnika z Notre Dame. Wyraz pyska tego zoologicznego Quasimodo przypomina twarz starej Angielki z wystającymi wielkimi pożółkłymi przednimi zębami. Na dodatek – przy żuciu – szczęki rozjeżdżają mu się na boki jak u dziadka, któremu zabrano protezy. Oczy ma przymknięte. Z tymi wiecznie opadającymi powiekami wyglądałby jak skacowany i przysypiający facet, znudzony czytaniem gazety z ubiegłego miesiąca, gdyby nie długie firanki babskich rzęs chroniących oczy przed piaskiem. Wielka, wygięta szyja unosi (nie wiadomo po co) ten brzydki łeb aż ze trzy metry nad ziemię. Kolana łyse, zrogowaciałe od częstego klękania, nasuwają porównanie do wytartych i dziurawych pończoch starej dewotki. Sierść brunatna, skołtuniona, brudna, długa, zwisa niechlujnymi strąkami. Bardzo długa, pokrywa ciało i górną część nóg doskonale chroniąc zwierzę przed zimnem. Liniejąc, miejscami odpada od ciała jakby parszywego i chorego. I te dzikie odgłosy przypominające ryk lwa, które zwierzę potrafi wydawać z siebie, bez najmniejszego powodu i w najmniej odpowiednim momencie, co – uważam – ze strony tego badylożernego kolosa jest nieprzystojną zarozumiałością i uzurpacją.” Wsiadanie i zsiadanie z wielbłąda to nie lada sztuka. Zwierzę to podnosi najpierw pupę, a dopiero potem przednią część tułowia. Przechył przy tym jest tak wielki, że nie jest trudnością spaść. Przy zsiadaniu podobnie, gdyż wielbłąd najpierw kuca przodem ciała, a dopiero potem opuszcza tył tułowia. Chodzi twardo i niezgrabnie, bo stawia jednocześnie prawe kończyny, a potem lewe, a nie naprzemiennie prawa z lewą, jak czynią to inne ssaki. Powoduje to, że baktrian mocno buja się na boki przy chodzeniu. Wielbłąd wyraźne czuje moje 85kg, bo podczas marszu niemiłosiernie puszcza bąki. Centrum sterowania wielbłądem to dwa sznurki przymocowane do kości lub ptyka, którym przebite są nozdrza wielbłąda. Pociągając prawym sznurkiem i zadając ból zwierzęciu wysyłamy mu sygnał, że ma iść w prawo. Mój baktrian podczas wędrówki wyraźnie spogląda w lewo, korci go płynący tamtędy strumyk. Nagle odłącza się od grupy i idzie w stronę wodopoju. Już oczyma wyobraźni widzę jak pochyla ogromny tułów do przodu, a ja spada z wysokości 2 metrów. Kolec w nozdrzach zwierzaka pozwala mi jednak zmienić jego plany, w prawo zwrot. Potem nie raz mój wielbłąd schyla się po wiorstę trawy, ale czyni to tylko szyją, a tułów pozostaje stabilny w poziomie. Po godzinnej wycieczce widzimy, jak gospodarz dokonuje obrzędu uboju kozy. Żądny krwi amerykański turysta zapłacił mu za to. Biega teraz wkoło i dokumentuje rzeź. Jednak z drugiej strony, tak jak mawia Wojciech Cejrowski, biały człowiek udaje, że rzeźnie nie istnieją. Faktycznie mięso nie rośnie na drzewach w sadzie. Nomad myje dłonie, rozcina podbrzusze kozy, wkłada rękę do wnętrza ciała i zaciska aortę. Zwierzę omdlewa, a następnie, już nie czując bólu, umiera. Wbrew pozorom jest to bardziej humnitarne, niż ubój na polskich wioskach, gdzie zwierzęta najpierw dostają obuchem w łeb (tak na ogłuszenie), a potem wbija im się nóż z serce, aby się wykrwawiły. Jest to zdecydowanie bardziej bolesne, cierpienie jest większe. Okrutna prawda, no ale przecież jeśli chcemy jeść mięso to cóż... Kozie mięso gospodarz razem z ziemniakami, cebulą i marchewką wrzuca do wooka i stawia na piecu. W wooku lądują również rozżarzone kamienie, aby mięso dopiekło się równomiernie z różnych stron. Następnie nieprzyprawione, półsurowe mięso je się ze wspólnej misy. Poczciwy Mugi przynosi trochę i nam, tak dla spróbowania. Jeszcze niedawno było mi bardzo żal kozy, a co teraz robię? Czy jem to mięso? Owszem jem, bo lubię, bo smaczne. Okrutna to prawda.Dobrze, że chociaż jestem jej świadomy.

    Tu nocuję:
    jurta przy wydmach CHONGORYN ELS
    Szczegóły dojazdu:
    wydmy CHONGORYN ELS
  19. 19 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Mongolia- dzieciaki24.09.2009 7 dzień transmongolskiej eskapady. Rano brakuje nam wody pitnej, wyczerpaliśmy swoje zapasy. Idę do Mugiego z kubkiem, on wozi kanister z wodą. Dobry Mugi nalewa mi do pełna, no prawie że menisk wypukły. Po chwili zaś przynosi kanister i mówi, że możemy wziąć ile potrzebujemy. Mógł potocznie olać sprawę, mógł przynieść ewentualnie tylko butelkę wody, a on przyniósł wszystko co miał, a przecież wiadomo co znaczy woda pitna na pustyni. Od jej posiadania zależy wszystko, czyli życie. Podobnie zawsze targował się dla nas o cenę jurt. Nomadzi zwykle życzyli sobie 5000turgików za osobę, a on zawsze zbijał cenę na 3000. Dziś pogoda jest kiepska. Z jej przyczyny rezygnujemy z dzisiejszej atrakcji, jaką miała być biała jaskinia TSAGUN AQUI. Zatrzymujemy się za to przy wypiętrzeniu skalnym, pokrytym porozrzucanymi wkoło czarnymi, porowatymi kamieniami. Dziwny to widok bo dookoła jak okiem sięgnąć (a tu oko sięga wyjątkowo daleko) rozciąga się stepowy płaskowyż i ciężko dopatrzeć się tam jakichkolwiek większych kamieni. Owe samotne wypiętrzenie to krater, a czarne porowate głazy to zastygła lawa. Na owych głazach gdzieniegdzie wyryte są skalne rysunki podobno sprzed kilku tysięcy lat. Przedstawiają one polowanie, ludzkie postacie, zwierzęta. Najwyraźniejsza jest rycina przedstawiająca kopulujące rogate chyba-antylopy. Jedziemy dalej, zatrzymując się po drodze w miejscowości GUCHIN-US na obiad. Ja biorę tradycyjny sute czaj i cujban. Dziś jedziemy wyjątkowo długo, 8 godzin. Śpimy, pierwszy raz w Mongolii, w namiotach. Noc jest tradycyjnie bardzo zimna.

    Tu nocuję:
    namiot na mongolskim stepie
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ wydmy CHONGORYN ELS-gdzieś tam na mogolskim stepie
  20. 20 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    chinymongoliamongoliamongoliamongoliamongolia25.09.2009 8-go dnia wyprawy opuszczamy tereny Gobi. Coraz rzadziej napotykamy stada wielbłądów, za to coraz więcej jest krów, koni, owiec i kóz. Niespodziewanie pojawia się nawet asfaltowa droga. Wiedzie nas ona do miasta ARVAIKHEER, będącego stolicą ajmaku OVORKHANGAI. Zaprowiantowujemy się tutaj w miejscu zwanym conteiner market. Nazwa pochodzi od kontenerów będących sklepami w których rynkowi handlarze mają swoje owoce, warzywa, mięso, napoje, alkohole, części samochodowe i wszystko inne. Z wielkich 50-litrowych plastikowych beczek sprzedają ajrak, czyli Kumys. Jest to lekko sfermentowane mleko, zawierające do 3% alkoholu i zapewniające ubogiej w warzywa i owoce (są one importowane) mongolskiej diecie, zapas soli mineralnych. Mongołowie, nie jedzący słodyczy i mający wyjątkowo zdrowe, białe zęby, uzupełniają sobie kumysem niedobory soli mineralnych. Zauważam też, że generalnie nie siwieją. 50-60-latkowie maja tutaj kruczoczarne włosy. Z przedestylowanego mleka uzyskuje się tu również wódkę archi. Trzej podchmieleni Mongołowie zapraszają nas do zrobienia sobie z nimi zdjęcia, a następnie żądają za to pieniędzy. Alkoholizm jest tu dużym problemem społecznym. Sam Czyngis-chan nie mógł sobie z nim poradzić. Wydając swój zbiór praw i obowiązków poszedł na kompromis oznajmiając, że Mongołom nie wolno upijać się częściej niż 3 razy w miesiącu. Jedziemy dalej i wjeżdżamy w góry. Auto z włączonym napędem na dwie osie męczy się na skalistych, stromych dróżkach. Niebo jest bezchmurne, słońce pięknie świeci, ale i tak jest mroźno. Wkoło modrzewiowo-sosnowy las. Na łące pasą się jaki. Wyglądają jak krowy które zapomniały pójść do fryzjera. Ich długa sierść, niczym frędzle, zwisa do samej ziemi. Zatrzymujemy się przy jurcie. Wchodzimy ostrożnie do środka uważając, żeby nie nadepnąć na próg. Gospodyni częstuje nas kumysem, który smakuje jak rozrzedzona maślanka z drożdżami oraz urum, czyli ściętą śmietaną mleka jaka z kożuszkiem. Mi, w przeciwieństwie do innych, bardzo ten poczęstunek smakuje. Nie da się jednak zjeść i wypić tego za dużo, bo zaczyna mdlić. Po skosztowaniu tego lokalnego trunki i nazwijmy to potrawy ruszamy dalej. Wkrótce mój organizm zaczyna mi przypominać co jadłem i piłem i w sumie to wcale się nie dziwię, można było się tego spodziewać. Na najbliższym postoju lecę za płot i o złośliwa naturo, oddaję tobie co noszę w sobie. Podgląda mnie jakiś dzieciak, który chcąc mnie przegonić udaje szczekanie psa. W górach spotykamy w końcu rzeki. Teraz wody nam już nie zabraknie. Do tej pory napotykaliśmy tylko puste o tej porze roku sajry-wyschnięte koryta sezonowych rzek. Napełniamy butelki wodą, a Mugi korzystając z okazji zmywa z karoserii olej, którym posmarował auto podczas burzy piaskowej. Docieramy dziś do wodospadu ORKHON KHURKHREE. Góry, jest więc zimno i wietrznie, co decyduje o przenocowaniu w jurcie. Idziemy zobaczyć wodospad. Pewnie będzie on w górach i ciekawe, czy w obecnej suchej porze roku w ogóle będzie w nim woda. Szykując się na rozczarowanie zaczynamy słyszeć narastający szum, choć jesteśmy jeszcze daleko od zboczy gór, na polanie. Następnie dostrzegamy czubki drzew wystające kilkanaście centymetrów znad ziemi. Chwilę potem dochodzimy do ok.40-metrowego stromego urwiska. Z tej wysokości toczy w dół swe wody jakaś rzeka tworząc przepiękny, szeroki wodospad. Ów wodospad kończy się w małym jeziorku, z którego woda płynie w dole kamienną, skalistą rzeką. Na jej brzegach rosną gęsto liściaste brzozy i iglaste modrzewie. Robimy piękne zdjęcia wodospadu na tle zachodzącego słońca, a następnie schodzimy w dół skalistym zboczem. Atrakcja przerosła nasze oczekiwania. Ogólnie wszystko razem wygląda jak mongolska Szwajcaria i tylko tak odległe położenie sprawia pewnie, że nie ma tu jeszcze sieci hoteli, pensjonatów, billboardów z coca-colą i całej tej komercji, która zwykła pchać się w takie miejsca.
    Tu nocuję:
    Jurta przy wodospadzie ORKHON
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ gdzieś tam na mongolskim stepie-wodospad ORKHON
  21. 21 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    Mongolia- dzieciaki26.09.2009 9 dzień eskapady, sobota. Wstajemy o 7 rano i wyruszamy w stronę kanionu, w którego bocznej odnodze znajduje się wodospad. Schodzimy w dół i planujemy przeprawić się na jego drugi brzeg. Mamy problem z rwącą, szeroką rzeką niosącą lodowata wodę. Ania, Ula i Mateusz zdejmują obuwie oraz spodnie i przeprawiają się na drugą stronę poprzez porywisty nurt lodowatej rzeki. Ja z Agnieszką decydujemy się na spacer wzdłóż kanionu, po jego skalisto-kamienistym dnie. Przechadzamy się pomiędzy pożółkłym igliwiem modrzewi, a szumiąca obok nas rzeka wartko toczy swe wody. Wspinamy się z powrotem na stromy brzeg kaniony i obserwujemy ogromne stado owiec i kóz, które wypasa się na przeciwległym brzegu urwiska. Nagle w dnie kanionu, w oddali, widzimy jakąś postać. Czy to Ałmas (mongolski mityczny yeti)? Nie to Mateusz zażywa na osobności lodowatej kąpieli :) O godzinie 11:30 wyruszamy w kierunku miasta TSETSERLEG, będącego stolica ajmaku ARKHANGAI. Jako że to miasto wojewódzkie (de facto malutka mieścina), więc na kilka kilometrów przed wjazdem pojawia się asfaltowa droga, a następnie brama wjazdowa. Na rogatkach trzeba wnieść opłatę za skorzystanie z drogi-800turgików. U nas płaci się za autostrady, a tu płaci się za obecność jakiejkolwiek drogi asfaltowej (obecnie w całej Mongolii jest ok.160km dróg asfaltowych). Stołujemy się tutaj w restauracji, a jakże by inaczej, „Czyngis”. Wystrój ładny, za to toaleta kompletnie zdezelowana, podobno do remontu. Spłuczki nie działają, a pisuary mają jakby dziecięcy rozmiar. Do stolika obok dosiadają się 4 dziewczyny, zamawiają 0,5litra wódki i 4 piwa. Zamawiam, a jakże cujban z dodatkami oraz omlet. Mimo, iż każdy z nas zamawia inne danie, to wszystkie one mają podobne dodatki i podobnie smakują. Za to inwencja, pomysłowość kucharzy jest wielka. Starają się jak mogą. Moja porcja kompozycją przypomina głowę. Dwie gałki ryżowe symbolizują oczy, sałatki z białej i czerwonej kapusty ze słoika (być może polskiej firmy Urbanek) to włosy, jedno ucho ułożone jest z makaronu w rurkach, a drugie jest reprezentowane przez knedliczka, zaś twarz to baranina zmieszana z makaronem. Takie właśnie sympatyczne danie spogląda teraz na mnie z talerza :). Za chwilę Mongołowie uruchamiają telewizor i rozpoczynają karaoke. Impreza się kręci. My im wturujemy śpiewając razem refren: „aa, aa, aa, aa”. Jest sielsko-anielsko, ale wkrótce dochodzi między nami, a Mugim do nieporozumienia. Kierowca chce nas zabrać na nocleg do zaprzyjaźnionego ger campu na przedmieściach, my zaś planujemy noc pod namiotami. Mugi jest bardzo niezadowolony, ale musi się zgodzić. Opuszczamy więc przedmieścia w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotów. A pro po przedmieści są one z reguły podzielone na małe prostokątne posiadłości ogrodzone drewnianym płotem. W środku jest jurta, czasami jakiś mały budyneczek, trochę drzewa na zimę, trochę zwierząt gospodarczych i tak to skromnie wygląda. Wieczorem szybko robi się zimno, ale jako antidotum mamy gorącą herbatę z kropą. Noc w namiocie jest zaskakująco ciepła. Udało nam się prawidłowo ustawić namiot w stosunku do kierunku wiatru i dobrze obłożyć go plecakami.

    Tu nocuję:
    Namiot gdzieś na stepie nidaleko TSETSERLEG
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ wodospad ORKHON-step niedaleko miasta TSETSERLEG
  22. 22 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinymongoliamongolia27.09.2009 Dzień 10-ty. Nad ranem przymrozek. Wszystko pokryte jest szadzią: trawa, tropik, samochód, plecaki. Woda w butelkach pozostawionych w przedsionku trochę przymarzła. Śniadanie jemy w namiocie. Herbata, obowiązkowo z kropą. 10 dzień podróży transmongolskiej. Dziś często się zatrzymujemy. Mugi rozmawia z napotykanymi kierowcami z firm turystycznych ze stolicy. My z innymi turystami. Wymieniamy doświadczenia. Śmiejemy się, że kierowcy słuchają wkoło macieju tej samej muzyki, niczym mantry. Każdy dzień jazdy, ta sama kaseta. Na obiad zatrzymujemy się w małej wioseczce DUGIN-ZASWAR. Jest tu kilkanaście domów. Każdy z nich to guanz, czyli tzw restauracja. De facto są to zwykłe mieszkalne domki w których każdy gospodarz, gdy tylko spotka turystę, zaprasza go do środka i coś pichci za ok.2000 turgików.Przed każdym z domów leży na ziemi antena satelitarna, bateria słoneczna i akumulator. Wszyscy oglądają zapasy. Również Przemek z Mugim siłują się na podwórku zainspirowani telewizją. Obok biega ok.3-letni chłopiec, taki mały Temudżyn :) Ma on 30-centymetrowy patyk i dużo dziecięcej fantacji. Szpera patykiem w motorze, bo ten patyk to śrubokręt. Chwilę później rzuca nim jako dzidą, by za moment niby strzelać z niego, bo on jest już łukiem. Na koniec wkłada go między nogi i podskakując odjeżdża pa ta taj na swoim rumaku. Miejscowość ta ma perspektywę rozwoju, gdyż przebiega przez nią budowana właśnie droga, która wiedzie do kolejnych atrakcji turystycznych: wulkanu i jeziora. Jadąc w ich kierunku zatrzymujemy się na chwilkę nad kanionem CHULUUT GORGE. W końcu docieramy do podnóży wulkanu KHORGO-TERKHIIN. Wchodzimy na jego szczyt i podziwiamy z góry wnętrze krateru, częściowo porośnięte małymi modrzewiami. Krajobraz wkoło wulkanu wygląda jak pogorzelisko. Na horyzoncie dokładnie widać granice do których doleciała wrząca lawa. Wszystko tu jest czarne, ale przyroda odradza się. Z czarnej gleby wyrastają kilkumetrowe modrzewiowe drzewka. Kompletnie za to brak podszytu i runa. Zabieram na pamiątkę dwa porowate kamienie zastygłej lawy, które przypominają strukturą pumeks. W dali przebłyskuje już lśniąca tarcza białego jeziora TSAGAAN NUUR. Nad nim, w ger campie, spędzamy dzisiejszy wieczór i najbliższe 2 noce. Pogoda jest piękna. W niezmąconej tafli jeziora odbijają się otaczające je góry. Zachodzące słońce stwarza piękną scenerię do zdjęć. Na brzegu leży kilkumetrowy głaz, który swym wyglądem do złudzenia przypomina żabę! Patrzę na niego siedząc przed jurtą, wkoło mnie chodzą przygnane z pastwisk owce i jaki. Jem cujban z mięsem jaka. W tej sielskiej scenerii powoli upływa nam wieczór. Za mną stoi drewniany prysznic z 50-litrową beczką na dachu. Beczka ma wycięty duży otwór, przez który wpadają do środka promienie słoneczne i ogrzewają znajdującą się tam wodę. Taki prosty, ekologiczny shower. My jednak bierzemy maksymalnie szybką kąpiel w jeziorze, którego woda ma może z 4stC.

    Tu nocuję:
    Jurta nad jeziorem TSAGAAN NUUR
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ step niedaleko miasta TSETSERLEG- białe jezioro TSAGAAN NUUR
  23. 23 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    mongoliamongoliamongolia28.09.2009 11 dzień eskapady. Zmiana pogody. Nad ranem utrzymuje się przymrozek i do tego wieje silny wiatr. Idziemy w góry. Cała okolica znajduje się na wysokości ok.2000m.n.p.m. Wspinamy się 2444m.n.p.m (prawie Rysy). Po drodze mijamy różnokształtne skałki, które kojarzą nam się a to z nosorożcem, a to znowu z jaszczurką. Przypomina to czeskie Skalne Miasto Adrszpach. Z góry podziwiamy piękną panoramę białego jeziora, z pasącymi się przy jego brzegu kozami, owcami, końmi i jakami. Gdzieniegdzie malują się okrągłe kształty białych jurt. Jest ich już mało, bo zima za pasem i co dnia kila z nich ubywa. W dali widzimy ciemną, czarną sylwetkę wulkanu KHORGO. Zaczyna mżyć, a potem padać. Wracamy. O godzinie 17:00 wsiadamy na koniki Przewalskiego i wyruszamy na godzinną przejażdżkę. Niewielki kucyk pręży się pod moim ciężarem, kicha, prycha, puszcza bąki, ale jakoś daje radę. Nigdy wcześniej nie jeździłem konno, więc jest to dla mnie nie lada atrakcja. Ania, Przemek i Sabina, którzy są „biegli w siodle”, mkną daleko przed maruderami, do których i ja należę. Wieje i mży. Mój kucyk zatrzymuje się przy skale tyłem do kierunku wiatru i ani myśli gdziekolwiek się stąd ruszać. W końcu rusza, staram się zmusić go choć na chwilę do galopu i udaje mi się ta sztuka, ale rzeczywiście tylko na chwilę :). Wieczorem Agnieszka załatwia trochę mąki i wszyscy wspólnie lepimy i pieczemy podpłomyki. Mamy przy tym dużo zabawy, która scala naszą grupę.
    Tu nocuję:
    Jurta nad jeziorem TSAGAAN NUUR
    Szczegóły dojazdu:
    piesze zwiedzanie okolic, wspinaczka w góry
  24. 24 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    mongolia29.09.2009 12 dzień objazdówki, czyli niestety już tylko 3 pozostały do końca. Najlepiej będzie jak napisze czego tego dnia nie robię, choć zrobić planuję. Najpierw przegrywam walkę ze snem i nie wstaję wcześnie rano, by pójść z Przemkiem na ryby. Nie biorę z Anią, Przemkiem i Sabiną dodatkowej godziny jazdy konnej, bo nie jestem tak biegły w siodle jak oni, a wlec się w ogonie nie zamierzam. Nie zwiedzam klasztoru górującego nad miastem TSETSERLEG (zajeżdżamy tu w drodze powrotnej na zakupy), a korci mnie on bardzo, no ale nie mamy czasu. W końcu nie zjadam obiadu, bo Mugiemu nie udaje się po drodze znaleźć żadnego guanzu. Mugi też jest głodny i ma kiepski humor. Zmęczenie, głód, ból głowy, deszcz za oknem auta. Pocieszką na to wszystko jest paczka suszonych bananów made in Vietnam. Pierwszy raz jem coś takiego. Pychotka, ale bardzo smakuje „malizną”. Do listy niezrealizowanych planów jestem też w stanie dopisać zrezygnowanie z kąpieli w gorących źródłach (tego chce większość grupy), ale Mugi szczęśliwie uparcie nie zmienia planów i wiezie nas do HOT SPRING TSENHER. Tutaj dzisiejsza zła passa się odwraca. Całkowicie bezchmurne niebo nocą, mnóstwo gwiazd, księżyc prawie w pełni, w tle ciemne sylwetki gór, powietrze mroźne, ale ten mróz wcale mi nie przeszkadza, bo razem z Agnieszką i chłodnym piwem siedzimy sobie pod gołym niebem w gorącej, bardzo gorącej wodzie termalnej. Inni nie chcieli, ich strata. Ja spędzam tu całe długie 3 godziny, aż do północy.

    Tu nocuję:
    Jurta nad gorącymi źródłami TSENHER
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ białe jezioro TSAGAAN NUUR- gorące źródła TSENHER
  25. 25 Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    mongoliamongoliamongoliamongoliamongolia30.09.2009 13 dzień mongolskich wojaży. Ok. godziny 14 docieramy do Charchorin (Karakorum), dawnej XIII-wiecznej stolicy Imperium Mongolskiego, czego obecnie wcale, a wcale nie widać. Lata świetności miejsce to dawno ma za sobą i aż ciężko sobie uzmysłowić, jak ważną funkcję kiedyś pełniło i jakie bogactwa tu się znajdowały. Pamiątką po tym co było kiedyś, jest obecnie klasztor ERDENE DZUU, stojący na obrzeżach miasta. Jego początki datuje się na rok 1586. Był on stale rozbudowywany, swego czasu stało tu 60 świątyń, w których mieszkało około 1000 mnichów. Niestety okres komunizmu, który poniekąd pchnął do przodu zacofana cywilizacyjnie Mongolię, brutalnie rozprawił się z religią. Z około 2000 świątyń i 7000 klasztorów, jakie istniały w kraju, pozostało tylko kilkanaście, w tym kilka tu w Charchorin. Około 100000 mnichów wymordowano lub wywieziono na zsyłkę, a przed epoka komunizmu państwo to było bardzo sakralne. Buddyzm tybetański był religia narodową. Władze kościelne rządziły państwem i każdą sferą życia. Lamaizm przyjął się dobrze, bo mówił, że podwładni i uciemiężeni nie powinni się buntować, a z pokorą przyjmować swój ciężki los i wyczekiwać kolejnego, lepszego wcielenia po śmierci. Taka polityka podobała się bogatym i władającym. Powołań nie brakowało, bo każdy chciał mieć w rodzinie duchownego lamę. To był splendor dla rodziny. Wielu mężczyzna chciało też zostać lamą. Lama nie płacił żadnych podatków, żył dostatnio, nie pracował ciężko. Nawet celibat nie był oficjalnie zakazany, z czego duchowni chętnie, aczkolwiek nieoficjalnie, korzystali. Komunizm zmienił to wszystko diametralnie. Przeciętny dzisiejszy Mongoł to ateista. Świątynie w Charchorin pozostawały zamknięte, aż do 1965roku. Wtedy to otwarto je jako muzeum, zaś funkcje sakralne zaczęły pełnić dopiero po upadku komunizmu. Cały kompleks otoczony jest wysokim, białym murem na którym znajduje się, cyklicznie rozmieszczonych, 108 suburganów (stup). Stupa to buddyjska kapliczka, relikwiarz. Jest ich 108, bo w buddyzmie liczba ta ma wyjątkowe znaczenie. Wierzy się, że na ziemi można doświadczyć 108 cierpień, przykrości, nieszczęść np.: choroby, bólu, śmierci. Stąd jest tu 108 stup (na każde nieszczęście jedna), stąd modlitewną mantrę powtarza się 108 razy itp. Trzy główne ocalałe świątynie reprezentują trzy okresy życia Buddy: dzieciństwo, młodzieńczość oraz dojrzałość. W świątyni dorosłego Buddy zobaczyć można jego 3 wcielenia: przyszłe- Budda Majtreja, teraźniejsze Budda Sakjamunia i przeszłe Budda Dipamkara. Przy wejściu znajduje się tablica z kontem fundacji, która zajmuje się gromadzeniem funduszy na odbudowę i renowację świątyń. Wszędzie poprzywiązywane są niebieskie chadaki. Mnóstwo tu modlitewnych młynków, które okręca się podczas modlitw. W jednej ze świątyni odbywają się akurat modlitwy. Mamy zaszczyt wsłuchiwać się w lamajskie modły ośmiu mnichów. Siedzą oni w dwóch rzędach twarzami zwróceni do siebie. Ubrani są w czerwono -żółto-pomarańczowe lamajskie stroje. Każdy z nich, jednocześnie, modli się na głos ze świętej księgi. Zawsze jeden głos jest wiodący. Ten mętlik 8 głosów wprowadza mnie w rodzaj transu, hipnozy. Jest też kilku uczniów, odpowiedników naszych ministrantów. Jeden z takich chłopców siedzi przede mną i również próbuje się modlić. Ma on jednak duże problemy z koncentracją. Co chwila przerywa modlitwę, rozgląda się, szuka czegoś pod ławą, schyla się, kręci. W pewnym momencie wstaje i rozdaje lamom (lama znaczy nauczyciel), razem z innymi uczniami, śmieszne czapki z długimi pióropuszami i instrumenty. Lamowie zaczynają nagle, jakby w finalnej fazie modlitwy, stukać w bębny, uderzać blaszanymi talerzami, dąć w rogi. Do świątyni wchodzą wierni uważając, aby nie nadepnąć na próg. Dotykają czołami do ścian świątyni, kręcą młynkami, modlą się, zostawiają ofiarę na zawiniętych w żółte sukno cegiełkach. Ja też składam datek i przechodzę obok centralnego ołtarza, na którym stoi zdjęcie z wizerunkiem Dalajlamy XIV (dalaj-ocean, lama-nauczyciel, dalajlama-nauczyciel o mądrości oceanu). Powoli opuszczamy to mistyczne miejsce i jedziemy w kierunku MONGOLYN ELS, gdzie spędzamy ostatni nocleg w jurcie. Jeszcze tylko wieczorny spacer po wydmach, kilka zdjęć, kilka refleksji i ten przedostatni, jakże mistyczny, dzień, wyjazdu dobiega końca.

    Tu nocuję:
    Jurta wydmy Mongolyn Els
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ gorące źródła TSENHER- wydmy MONGOLYN ELS
  26. 26 Zamyn-Uud, Mongolia Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    mongolia1.10.2009 Godzina 5:00 wyruszamy. Chcemy zdążyć na pociąg wyjeżdżający o godzinie 16:00 z Ułan Bator do pogranicznego Zamyn Uud. Jest to nasze pożegnanie z Mongolią. Jadąc pół-śpiący obserwujemy wschód słońca. Ok. godziny 12 jesteśmy w 600-tysięcznej stolicy. Jawi jednak się nam ona inaczej niż przed 14 dniami. Wtedy świeciło tu piękne słońce, było mnóstwo ludzi, a my w krótkim rękawku zapoznawaliśmy się z nią. Dziś jest pochmurno i wietrznie. Jesteśmy bardzo ciepło ubrani, a i tak marzniemy. Ulicami snują się pojedyncze osoby. Wszystko jakby takie bardziej szare, zwyczajne. Na dworcu dowiadujemy się, że z powodu chińskiego święta narodowego (60-rocznica powstania Chińskiej Republiki Ludowej-01.10.1949roku) przez granice kursują tylko pociągi międzynarodowe. Wniosek z tego dla nas jest taki, że zapłacimy za bilet po 51000turgików (1zł=ok500turgików), zamiast 10000turgików za zwykły pociąg. Pociąg międzynarodowy odjeżdża dopiero o godzinie 20:00, stąd drugi wniosek, iż mamy sporo wolnego czasu. Idziemy zwiedzić Gandan- najważniejszą budowlę sakralną współczesnej Mongolii. Po drodze mijamy wracających mnichów, więc nici z przysłuchiwania się modlitwom. Sam klasztor został założony dopiero na początku XIX wieku. Do 1937 pełnił funkcje sakralne, potem władze komunistyczne zamknęły go, a większość świątyń zniszczyły (ocalało 6). W 1944 roku reaktywowano jedną świątynię i do 1990 roku była to jedyna czynna świątynia w całym kraju. Zwiedzamy świątynię Megdżiddżanrajseg sum, w której podziwiamy 20 metrowej wysokości posąg Buddy (jest to rekonstrukcja z 1996 roku, oryginalny posąg został w latach XX-tych zniszczony przez komunistów). U stóp pomnika znajduje się ołtarz. Wchodzący wierni modlą się przed nim, biją pokłony, zapalają kadzidła, dotykają czołem ołtarza, a następnie obchodzą świątynię poruszając każdy z około 350 młynków modlitewnych. Sam Budda sprawia ogromne wrażenie. Wracamy na dworzec. Wsiadamy do pociągu, który jest elegancki. Wszędzie leża dywaniki, kawa, herbata, sute czaj i wrzątek gratis, zamykane 4-osobowe przedziały. Żegnaj Mongolio, lub może optymistyczniej do zobaczenia.
    Tu nocuję:
    Pociąg Ułan Bator- Zamyn Uud
    Szczegóły dojazdu:
    Wynajęty UAZ Mongolyn Els-Ułan Bator
    Pociąg Ułan Bator- Zamyn Uud
  27. 27 新旺乡, Datong, Shanxi, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    chinychinychinychinychinychinychiny2.10.2009 Granica Mongolsko-Chińska. Pociąg stoi około dwóch godzin. Papierologia i jeszcze raz papierologia, wypełniamy kwit za kwitem. Dane personalne, cel podróży, pytania o kaszel, katar, czy gorączkę. Ptasia, czy to świńska grypa zebrały już swoje pokłosie w przeludnionych Chinach, stąd ta prewencja. Wysiadamy w mieście Erlian, pierwszy raz moja stopa staje na chińskiej ziemi. W mieście pustki, jakby wszystkich wywiało, jakby wszyscy uciekli, zupełnie jakby to nie były Chiny. Dlaczego??? Całe Chiny świętują 60-tą rocznicę powstania Chińskiej Republiki Ludowej proklamowanej 01.10.1949roku. Trwa tygodniowe święto. Prawie wszyscy mają wolne i siedzą przed telewizorami, oglądając uroczystą defiladę na Placu Tiananmen. Odprawa na dworcu jest bardzo szybka, po niej pracownicy kolei „zamykają go na trzy spusty” i odjeżdżają, a przy kasie dworcowej pozostaje dyżurna kasjerka, która oczywiście ni w ząb nie zna języka angielskiego. Okazuje się, że z powodu święta pociągi do docelowego Datongu nie kursują. Nie wiedząc co robić stoimy i śledzimy na dworcowym telewizorze plazmowym transmisję rocznicowych uroczystości z Pekinu. Co za rozmach, co za efektowny pokaz chińskiej potęgi. Przed obliczem prezydenta ChRL Hu Jintao równym wojskowym krokiem maszerują żołnierze piechoty, marynarki, lotnictwa, przejeżdżają ciężkie czołgi, wozy pancerne, przewożone są jakieś rakiety. Wszystkiemu temu towarzyszy głośna muzyka i dziesiątki tysięcy gromkich braw. Przejeżdżają wielkie makiety pokazujące wspaniałość kolei państwowych, hutnictwa, górnictwa, ogrom plonów żyznej ziemi. Pokazują one w jak wielkim dziele uczestniczy, swą codzienną pracą, każdy Chińczyk. Ustawiony wielotysięczny tłum ludzi podnosi co chwilę kolorowe plansze układające się w kolosalne, propagandowe obrazy np.: portret Mao Tse Tunga, chińską flagę. Wielkie i dobrze wyreżyserowane uroczystości. Wszyscy klaszczą, wszyscy się uśmiechają, wszyscy pokazują, że są szczęśliwi. Wymieniamy walutę (1Yuan=ok.0,42zł) i idziemy na dworzec autobusowy. Znajdujemy połączenie do Jiningu. Przed wejściem do autokaru obowiązkowy pomiar temperatury ciała. Dwóch Chińczyków zostaje cofniętych. Jedziemy ok. 5 godzin podziwiając pustynne i półpustynne tereny Mongolii Wewnętrznej. Przejeżdżamy przez drobne miejscowości z ceglanymi budynkami, których fronty często obłożone są kafelkami i prowadzą do przydomowych zakładów rzemieślniczych lub sklepików. Na długości kilku kilometrów towarzyszą nam makiety dinozaurów wykonane w skali 1:1 i umiejętnie rozstawione co jakiś czas po obu stronach drogi tak, że ma się wrażenie iż są one najprawdziwsze. Ot taki Park Jurajski (w Ułan Bator można w muzeum zobaczyć prawdziwe skamieniałe jaja dinozaurów). Nagle, nie wiadomo skąd, przy drodze wyrasta komisariat milicji. Wszyscy (obcokrajowcy) musimy opuścić autokar, zostajemy wylegitymowani, a nasze dane zapisane. W Jiningu wzbudzamy duże zainteresowanie. Wszyscy chcą coś nam sprzedać lub zapraszają na nocleg. My jednak tylko się przesiadamy i jedziemy 2h do Datongu w prowincji Shanxi. Kierowca jadąc co chwilę trąbi lub miga długimi światłami, jakby chciał wszystkich innych poinformować, że jedzie. Tankujemy na nowoczesnej stacji, gdzie wpisuje się za jaką sumę chce się zatankować i maszyna sama w odpowiednim momencie odcina strumień benzyny. W Datongu w naszym docelowym hotelu, z powodu święta, nie ma wolnych miejsc. Zaczepia nas jednak jakiś mężczyzna, który oferuje swoją pomoc i znajduje nam inny tani hotel. Ja niechlubnie „popisuję” się ty, że zatrzaskuję drzwi swojego pokoju zostawiając jednocześnie klucze w środku.

    3.10.2009. Dziś udajemy się do Luoyangu (Lidźiangu) oddalonego 16 kilometrów od Datongu. W hotelu zjawia się nasz wczorajszy wybawca i oferuje transport do powyższego miejsca za 30Y od osoby. My wiemy że można się tam dostać za kilka Yuanów komunikacją miejską. On jednak nie chce się od nas odczepić. Schodzi z ceny na20, a potem 15Yuanów, nie słuchając wcale, że wyraźnie prosimy go aby pozostawił nas w spokoju. Wczoraj wydawał się miłosiernym Samarytaninem, a tak naprawdę tylko i wyłącznie chciał na nas zarobić. Louyang (wstęp 60Y, ulgowe 30Y), słynie z 53 Grot Wzgórza Chmur w których mieszczą się świątynie, najstarsze datowane na 460rok n.e. W każdej wykute są w skałach posągi Buddy. Najokazalszy, 17-metrowy znajduje się w grocie nr 6. Robimy furorę swym nieazjatyckim wyglądem i wielokrotnie jesteśmy proszeni o pozowanie do zdjęcia razem z Chińczykami, w tym z grupą niemych nastolatków, z których każdy z osobna chce zrobić sobie z nami zdjęcie. Tu też pierwszy raz próbujemy naszył sił w jedzeniu pałeczkami. Naszą uwagę zwracają orzechowe ciastka, które wyrabia się poprzez tłuczenie na miazgę orzechów wielkim drewnianym młotem. Kupujemy dużą paczkę, która składa się głównie z opakowania, bo w środku są tylko 3 ciasta i mnóstwo papieru. Wracamy do Datongu. Na ulicach, tak jak i w Mongolii, każdy jeździ jak chce, a pieszy generalnie nigdy nie ma pierwszeństwa. Szczególnie taksówkarze oraz rowerzyści i motorowerzyści, których tu pełno, wpychają się gdzie się tylko da. Idziemy na targ, gdzie kupić można jadalne kasztany, pieczone słodkie ziemniaki, pieczone szaszłyki. Każdy sprzedawca chce nas oszukać, wszyscy zawyżają ceny. W końcu jemy pyzy na parze za 4Y. Część potraw wybieramy na chybił trafił, palcem po menu, bo pojęcia nie mamy cóż mogą znaczyć te wszystkie „krzaczki”. Kupujemy też sławne księżycowe ciasteczka, które mają różnorakie nadzienie, a w noworoczne święta znajdują się w nich również wróżby. Część z nich jemy już po zmroku, a dziś akurat jest pełnia. Odwiedzamy kilkupiętrową księgarnię, w której czujemy się jak kompletni analfabeci. Wieczorem, oczywiście z okazji świąt, wszędzie rozlega się huk petard, a na niebie trwa koncert sztucznych ogni. Godzina 22:48 odjeżdżamy pociągiem do Pekinu, niestety dostajemy bilety tylko na miejsca siedzące (chińskie koleje oferują bilety: hard siting, soft siting, hard sleeping-trzypiętrowe łóżka, soft sleepeng-dwupiętrowe łóżka oraz miejsca stojące). Na dworcu przy wejściu i wyjściu ustawione są bramki RTG, przez które zawsze trzeba przepuścić po taśmie bagaż. Wszędzie pełno służb mundurowych, ale są to z reguły młodzi ludzie (20-30lat) o sympatycznie wyglądających buźkach (choć to czasami może zmylić).
    Tu nocuję:
    Datong- hotel, Pociąg Datong-Pekin
    Szczegóły dojazdu:
    Autobus Erlian-Jining
    Autobus Jining-Datong
    Autobusy miejskie Datong-Louyang
    Autobusy miejskie Louyang-Datong
    Pociąg Datong-Pekin
  28. 28 东城区, Pekin, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychiny. 4.10.2009 4 nad ranem Pekin. Przy wyjściu z peronu od razu niemiła niespodzianka. Okazuje się, iż w Chinach bilety pociągowe sprawdzane są nie tylko przed wejściem na peron, w pociągu, ale i przy wyjściu z niego. Mateusz wyrzuca swój bilet i służby mundurowe za żadne skarby nie chcą go wpuścić na dworze. Nawet nie chcą rozmawiać, wcale nie słuchają, a do tego jeszcze miło uśmiechają się od ucha do ucha. Koniec końców Mateusz kupuje drugi bilet i wtedy jest OK. 51Yuanów „w plecy”, zapłaciliśmy więc kolejne frycowe. Zamieszkujemy w suterenie hostelu mieszczącego się pod adresem Nancayuan 35 (trzeba wysiąść z metra na przystanku Fuxingmen-linia 1 i 2- i przejechać ok.6 przystanków autobusem 423, koszt 6$/dobę). Linią metra nr 4 jedziemy zwiedzać Pałac Letni (wstęp 60Y), który swoje piękno zawdzięcza cesarzowej Cixi, która za pieniądze przeznaczone na wojsko kazała tam wybudować piękne świątynie, tarasy, pawilony. Cały kompleks ma powierzchnię ok. 30km2 i leży nad jeziorem Kumning. Wchodzimy na szczyt Wzgórza Długowieczności i podziwiamy Pagodę Kadzidła Buddy, a następnie Ogród Radości i Harmonii, Pawilon Życzliwości i Długowieczności. Przeciskamy się między tłumem chińskich turystów przez ciągnący się przez 784-metry Długi Korytarz. Z zainteresowaniem oglądam zwłaszcza największą fanaberię cesarzowej Cixi, jaką jest Marmurowa Łódź w której imperatorka zwykła jadać posiłki. Cały kompleks jest piękny, ale Chiny za roztrwonienie w ten sposób funduszy przeznaczonych na obronę kraju zapłaciły wysoką cenę na początku XX-wieku w wojnach z Japończykami, czy Europejczykami, które przegrywali z kretesem. Ogólne zwiedzanie kompleksu jest bardzo męczące z powodu masy chińskich turystów, którzy lubią zwiedzać kraj, a podczas świąt mają na to czas. Chińczycy są bardzo głośni, krzykliwi. Hałas jak w centrum handlowym. Nie ma tu nastroju, duchowości, której moglibyśmy oczekiwać. Świątynie nie pełnią już funkcji sakralnych, są martwymi muzeami. Dopiero po przedostaniu się poprzez system alejek, mostów, pawilonów na drugi brzeg jeziora Kunming zyskujemy chwilę wytchnienia, Chińczyków jest tu zdecydowanie mniej, a co za tym idzie jest znacznie ciszej. Kładziemy się na trawie i przysypiamy na chwilkę. Wypoczęci robimy ładne zdjęcia, bo dopiero stąd jest dobra perspektywa na uchwycenie zabytków w całości i bez Chińczyków w tle. Po powrocie z pałacu jemy kolację niedaleko hotelu. Ryzykuję i zamawiam kociołek z wieprzowiną. Wieprzowina okazuje się być świńskimi podrobami: jelita, wątroba i płuca. Do tego danie, jak większość tutejszych, jest bardzo pikantne i zawiera kolendrę, która jest chyba jedyną rzeczą jakiej nie lubię jeść (o czym dowiaduję się właśnie teraz).

    5.10.2009 Dzień w zasadzie zmarnowany. Szwendamy się chcąc znaleźć połączenie do Grobowców Mingów i Muru Chińskiego, ale jakoś najwyraźniej nie mamy szczęścia. Zwiedzamy za to coraz rzadsze już hutongi (hutong=wspólna ulica). W ich ciasnych uliczkach trwa targ. Można tu kupić najróżniejsze owoce i warzywa, najegzotyczniejsze przyprawy, różne ciastka, mięso z najdziwniejszych części zwierzęcego, czy ptasiego ciała, żywe ryby, można zjeść potrawy przygotowywane w wooku lub na parze, można tez zaryzykować leczenie zębów u chodnikowego, nazwijmy to górnolotnie, dentysty. Zachwycamy się pekińskim metrem, które jest bardzo nowoczesne i ciche. Kupujemy kilka jednorazowych biletów, które jak się potem okazuje ważne są tylko na stacji na której się je kupiło. Bilety kasuje się dwukrotnie: przy wejściu do metra (urządzenie wyświetla stan konta przy biletach wielokrotnego przejazdu, bagaż trzeba oczywiście przepuścić RTG) i przy wyjściu (bilety jednorazowe urządzeni zatrzymuje, a przy wielorazowych odejmuje cenę za przejazd, czyli 2Y). Cwanie kasujemy bilety tylko przy wejściu, żeby zaoszczędzić odjęcie 2Yuanów przy wyjściu, ale już przy kolejnym przejeździe okazuje się, ze takie zagranie powodu zablokowanie biletów. Upsss... :) Cena za przejazd autobusem miejskim to 1Y lub 0,4Y przy bilecie wielokrotnym (bilety sprzedaje wolontariusz w autobusie, lub wrzuca się wyliczoną sumę do pojemnika przy kierowcy, kierowca reszty nie wydaje).

    6.10.2009 Mamy zamiar wybrać się wynajętym, z lokalnej firmy turystycznej, busem na zwiedzanie Muru Chińskiego i Grobowców Mingów oraz Drogi Duchów. Bus, kierowca, przewodnik, bilety wstępu i obiad razem za 200Yuanów za osobę i byłoby pięknie, ale.... Przewodniczka informuje nas, że nie zwiedzimy Drogi Duchów bo nie mamy na to czasu, za to na siłę chce nas zaciągnąć do jakiejś galerii handlowej na rozpoczęcie oraz fabryki ubrań na zakończenie. Ponoć to obowiązkowy punkt programu, o czym wcześniej mowy nie było. Łoją turystów, aż żal patrzeć. Traktują nas jak skarbonki z pieniędzmi. Wszystko kończy się wielką kłótnią. Rezygnujemy z tej wycieczki. Wracamy pod hostel, odzyskujemy wpłaconą gotówkę. Chińczycy, mimo całej sympatii dla tego narodu, strasznie próbują nas oszukiwać. Zawsze zawyżają ceny wykorzystując fakt, że nie wiemy co ile kosztuje i nie umiemy czytać po chińsku. Zawsze musimy się targować, obserwować ile płaci tubylec kupujący przed nami. Sami, w końcu, znajdujemy połączenie autokarowe do grobowców. Spoczywa tu 13 z 16 cesarzy dynastii Ming (1368-1644). Wstęp 65Y za jeden grobowiec (udostępnione do zwiedzania są 3). Przezywamy tu chyba największe rozczarowanie z całej wycieczki. Kilka czerwonych lśniących skrzyń znajdujących się za ogrodzeniem w podziemnym pomieszczeniu. Ciekawsza jest Droga Duchów (wstęp 30Yanów), która wiedzie do grobowców. Po obu jej stronach stoi 6 par pomników ok. 3,5 metrowej wysokości wojowników oraz 12 par figur rzeczywistych (słoń, koń, lew), jak i wymyślonych zwierząt/stworów.

    7.10.2009. Tego dnia wybieramy się do Zakazanego Miasta, dawnej siedziby cesarzy dynastii Ming i Qing, którzy władali stąd imperium (siedząc tu nie zawsze mieli realne poczucie tego, co rzeczywiście działo się w państwie). Najpierw trafiamy jednak na przylegający do niego Plac Tiananmen. Jest tu wystawa makiet różnych pociągów, samolotów, czołgów itp.rzeczy, które brały udział w świątecznej defiladzie, która miała tu miejsce przed kilkoma dniami i którą widziałem w telewizji na dworcu w Datongu. Makiety są porozstawiane na całym placu. Podziwianie ich jest darmowe, więc masy ludzkie jakie się tu znajdują są niewyobrażalnie wielkie. Nigdy nie byłem w środku takiego tłumu. Czym prędzej przechodzimy do Zakazanego Miasta, gdzie bilet wstępu za 60Yuanów, powoduje ograniczenie zagęszczenia tłumu. Mijamy spoglądającego na nas czule z wielkiego obrazu Mao Tse Tunga. Kompleks jest ogromny, mieści w sobie podobno prawie 10000 pokoi, a zwiedzać go można dopiero od 20 lat ( w końcu to zakazane miasto). Wchodzimy Bramą Południową i kierujemy się do Pawilonu Kulturalnego Blasku, gdzie podziwiamy wystawę porcelany. Talerze, dzbany, wazony, a wszystko bezcenne. Komputerowe prezentacje w języku chińskim, jak i angielskim pozwalają bliżej zapoznać się z każdym eksponatem. Wracając przechodzimy przez jeden z 5 mostów na Złotej Rzece i poprzez Bramę Najwyższej Harmonii dostajemy się na kolejny plac. Potem zwiedzamy kolejno Pawilony Najwyższej, Środkowej i Zachowania Harmonii. Z kolei przejście przez Bramę Niebiańskiej Czystości umożliwia nam zwiedzenie Pałacu Niebiańskiej Czystości, Pałacu Ziemskiego Spokoju oraz Pawilonu Jedności i Spokoju. Na tyłach kompleksu mieści się Cesarski Ogród z Altaną Tysiąca Jesieni oraz Dziesięciu Tysięcy Wiosen. Tu już można by było opuścić kompleks, my jednak wracamy do dodatkowo płatnego 10Yuanów Pawilonu Rozkwitu Buddyzmu, w którym jest wystawa pozłacanych figur Buddy, kapliczek, pagód. Zaraz przy wejściu mieści się Ściana Dziewięciu Smoków przedstawiająca płaskorzeźby wspomnianych wyżej smoków. W Pawilonie Przyjemnych Dźwięków oglądamy wystawę dawnych chińskich instrumentów. Dachy carskich budynków mają kolor żółty, zarezerwowany tylko dla cesarza oraz boga. Na ich krańcach znajduje się zawsze mała postać siedząca na kurze. Symbolizuje ona złego księcia państwa Qi, którego pośmiertnie ukarano sadzając jego figurkę na nielotnym ptaku. W ten sposób książę nigdzie się stąd nie ruszy (odleci) i będzie musiał bronić przed złymi duchami danych zabudowań. Już po zmroku udajemy się do przylegającego do Zakazanego Miasta Parku Północnego Morza, gdzie oprócz wytchnienia po ciężkim dniu, możemy podziwiać pięknie podświetloną Białą Dagobę (Bai Ta). Owa pagoda w kształcie tybetańskiego czortenu została wybudowana w 1651 roku dla upamiętnienia pierwszej w historii wizyty dalajlamy w stolicy Chin.

    8.10.2009 Dzisiejszy dzień jest bardzo obfity turystycznie. Rozpoczynamy go od zwiedzania Świątyni Nieba- Tiantan będącej najważniejszym sakralnym budynkiem w Chinach. Wierzono, iż jest ona środkiem świata. Dwa razy do roku modlił się w niej sam cesarz. Budowę jej ukończono w 1420roku. Jej konstrukcja miała łączyć elementy nieba i ziemi. Na jej tyłach mieszczą się cesarskie drzwi, które swego czasu kazał postawić leciwy cesarz, który ze względu na swój wiek zaczynał mieć problemy z dostaniem się o własnych siłach do wnętrza świątyni. Drzwi prowadziły do krótszej i łatwiejszej drogi. Wydał on też dekret, że może z nich korzystać jedynie cesarz, który osiągnie wiek 70-lat. Los chciał, że żaden z jego następców nie władał krajem w tak sędziwym wieku i był on jedyną osobą, która oficjalnie przekroczyła ich próg. W parku przy świątyni rzesze Chińczyków dbają o swoją sprawność fizyczną. Jedni tańczą, inni ćwiczą aerobik, w pełen wdzięku sposób poruszają się z szarfami lub grają w badmintona. Inni jeszcze praktykują tai chi wykonując płynne i pełne równowagi ruchy. Dodatkowo używają do tego specjalnych mieczy lub piłek z paletkami zwanych tai chi ball. Następnie zwiedzamy piękną Świątynię Lamajską (25Yuanów) zwaną również Pałacem Harmonii i Spokoju. Swego czasu była ona rezydencją jednego z chińskich książąt, który wyznawał buddyzm tybetański. Gdy został cesarzem i przeniósł się do Zakazanego Miasta, miejsce to uczynił świątynią. Cudem uniknęła ona zniszczenia podczas komunistycznej rewolucji kulturalnej, którą Mao Tse Tung ogłosił w 1966roku. Przetrwała, gdyż uznano ją za dobro narodowe, spuściznę kultury i tradycji. Dziś dla władz chińskich jest sztandarowym, propagandowym przykładem obecnej ponoć w komunistycznych Chinach swobody wyznaniowej. Miejsce to robi na nas ogromne wrażenie, nie jest kolejnym martwych muzeum. To żywa świątynia, odczuwalna jest tu powaga miejsca. Ma ono swoją duszę. Widzimy ludzi zapalających kadzidła, klęczących, kłaniających się przed ołtarzami i modlących. Mieści się tu 26-metrowy posąg Buddy Przyszłości- Majtreji wykonany w Tybecie i transportowany tu przez 3 lata. Najpierw go tu postawiono, a dopiero potem obudowano świątynią. Widocznych jest tylko jego 18metrów, a pozostałe 8 znajduje się pod ziemią, co było dużym wyzwaniem dla chińskich inżynierów budujących tu linię metra. Budda trzyma kwiat lotosu będący symbolem niewinności, przyozdobiony jest też lamajskimi chadakami, które często widziałem w Mongolii. Niedaleko znajduje się druga ciekawa świątynia –Konfucjusza (20Yanów, my wchodzimy na dowody osobiste za 10Yuanów-„studenci”). Jest tu wiele stup z wyrytymi inicjałami osób, którym udało się pomyślnie zdać bardzo trudne cesarskie egzaminy, których podstawą była biegła znajomość konfucjańskiej doktryny. Jest tu mniej turystów, co wykorzystują młode pary, aby w pięknej scenerii i spokoju zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Następnie podziwiamy z zewnątrz Wierzę Bębnów i Wierzę Dzwonów, które mają swoje odpowiedniki w każdym większym, zabytkowym mieście i jedziemy zwiedzać obiekty olimpijskie. Jedziemy tam najnowszą linią metra. Obecne w wagonach ekrany pokazują fragmenty retransmisji defilady z placu Tiananmen. Pokazują siłę, potęgę Chin jako cołości i podporządkowanie obywateli jako jednostek. Wioska olimpijska robi oszałamiające wrażenie. Wszystko jest bajecznie podświetlone, dookoła rozbrzmiewa piękna muzyka potęgująca docierające do oczu bodźce. Pierwszy w oczy rzuca się wieżowiec Pan Ga, przez nas potocznie zwany otwieraczem, ze względu na kształt. Po prawej stronie mieni się Stadion Narodowy zwany „Ptasim Gniazdem” i mieszczący 91tysięcy osób. Na lewo zaś znajduje się przepiękna w swym błękicie pływalnia. Przed nią są zaś tańczące fontanny. Nazywam je tak, gdyż tryskająca z nich woda jest zsynchronizowana z muzyką i tworzy to wszystko razem niezapomniany spektakl. Zmęczeni i szczęśliwi wracamy do hostelu wypatrując błogiego, kojącego snu.

    9.10.2009 Do godziny 12:00 odsypiamy trudy wczorajszego dnia. Następnie opuszczamy Pekin i jedziemy autobusem do pobliskiej miejscowości Huanghua, gdzie przebiega sławny Chiński Mur. Większość turystów czyni to w Badalingu, który jest najczęściej na świecie odwiedzanym miejscem. Tutaj mur jest również odrestaurowany i piękny, a nie płaci się za wstęp i zamiast dzikich tłumów jest się praktycznie samym. Śpimy w namiotach u podnóża muru.

    10.10.2009 Rankiem wspinamy się na mur i jemy na nim śniadanie w blasku porannego słońca. Budowę muru rozpoczęto już w V wieku p.n.e. i kontynuowano przez stulecia. Szacowana łączna długość to ok. 15000km, ale tylko w niewielu miejscach jest on obecnie dobrze zachowany. Miał on pełnić funkcje obronne przed barbarzyńskimi najeźdźcami z północy. Swojej funkcji nie spełnił. Podstępność wrogów oraz przekupność strażników były silniejsze od muru. Ciężko jest go zwiedzać, gdyż jest bardzo stromy, a stopnie są bardzo wysokie. Mało jest płaskich odcinków. Zarówno wchodzenie, jak i schodzenie bardzo i szybko męczy. Popołudniu wracamy do Pekinu. Zostawiamy ciężkie plecaki na komisariacie milicji (było taniej niż w hotelu, czy przechowalni bagażu) i jedziemy na stację metra Yong’Anli. Mieści się tu tzw. black market, czyli legalne wielopiętrowe centrum handlowe z podrabianymi(więc nielegalnymi) ubraniami, butami, torbami, zegarkami markowych producentów. Żyje on swoim życiem. Sprzedawcy nachalnie narzucają się ze swoimi towarami, zachwalają ich niby-oryginalność i dobrą jakość. Żądają przy tym za nie ogromnych cen, średnio 10-krotnie przekraczające ich faktyczną wartość. Targujemy się zawzięcie. Tłumaczymy że nie jesteśmy Aremykanami, że studiujemy, że to prezent dla rodziny (Chińczycy wysoko cenią rodzinę). Oni na to, że i tak sprzedają nam już poniżej jakiegokolwiek zysku i że przez nas pójdą z torbami. Trzeba być twardym i stanowczym, inaczej samemu pójdzie się z torbami. O godzinie 22:09 wyjeżdżamy pociągiem do Szanghaju. Moje miejsce 1313, numer niczym rejestracja taksówki z serialu „Zmiennicy”. Oznacza to 13 wagon, miejsce 13, a de facto 3 leżące miejsca. Chińskie znaczki informują czy jest to bilet na miejsce dolne, środkowe, czy górne. Im wyżej, tym tańszy bilet.

    Tu nocuję:
    Hostel ul. Nancayuan 35, Pociąg Pekin-Szanghaj
    Szczegóły dojazdu:
    Komunikacja miejska: autobusy, metro
    Pieszo
    Pociąg Pekin-Szanghaj
  29. 29 黄浦区, Szanghaj, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychiny11.10.2009 Godzina 11:00 jesteśmy w Sznaghaju. W połowie XIX była to 50-tysięczna rybacka mieścina, a dziś druga pod względem wielkości aglomeracji Chin. Szanghaj chce dorównać Hongkongowi, goni go. Jest ku temu okazja, bo w 2010 roku odbędzie się tu wystawa Expo. Miasto tonie w budowie. Wyrastają kolejne wieżowe, których tu jest mnóstwo. Odwiedzamy tutejszy black market. Plączemy się między wieżowcami zadzierając cały czas głowę do góry, a następnie wybieramy się na nadbrzeżny Bund. Tu podziwiamy wiele secesyjnych XIX i XX wiecznych budynków, które kontrastują z wieżowcami wyrastającymi głównie z przeciwległego brzegu. Jest już ciemno i wszystkie one są pięknie podświetlone. Wchodzimy na pokład promu i płyniemy na drugą stronę i z powrotem, gdyż atrakcją jest podziwianie obu brzegów od strony wody. Czynimy to na jednym bilecie (na drugim brzegu należałoby wysiąść i kupić bilet powrotny) co spotyka się z groźnymi spojrzeniami obsługi promu, ale kończy się bez konsekwencji. Godzina 00:53 pociąg do Suzhou, miasta które w Epoce Trzech Królestw było stolica państwa Wu.

    Tu nocuję:
    Pociąg Szanghaj-Suzhou a następnie pod namiotem w Suzhou
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Szanghaj-Suzhou
  30. 30 Suzhou, Jiangsu, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychiny 12.10.2009. Godzina 2:00 w nocy i już jesteśmy w mieście zwanym, ze względu na rozliczne kanały je przecinające, Wenecja wschodu. Śpimy na trawniku pod miejskim murem. Ja w namiocie, ale bez tropiku, a większość osób pod chmurką, jedynie w śpiworze. W środku nocy budzą mnie krople wody kapiące mi centralnie na nos. Pada deszcz, szybka akcja z zakładaniem tropiku, inni już rozkładają swoje namioty. Rano zostawiamy bagaże w przechowalni (po stargowaniu ceny) i snujemy się uliczkami miasta co chwilę przechodząc mostami nad licznymi tutaj kanałami. Czasami „trochę” brzydko pachnie. Nie ma tu kanalizacji, resztki spuszczane są bezpośrednio do kanałów. Zahaczamy o lokalne targowisko i kierujemy się w kierunku ogrodów, z których to miasto również słynie (wstęp 80Yanów). Po drodze mijam makietę mapy Chin i zauważam, że Tajwan ujęty jest jako część państwa! Najsłynniejszy z ogrodów, to Ogród Mistrza Sieci powstały w 1149roku. Jest tu wiele skałek, altanek, pawilonów, kanałów, mostków, sadzawek, fontann, oczek wodnych. W jednej z altanek siedzi starszy pan, który szkicuje ołówkiem to co widzi. Człowiek ten ma wielki talent. Zauważam, że biedak przeszedł udar, bo lewą rękę i nogę ma niesprawną, nie może tez mówić. Chcę pokazać, że bardzo doceniam to co robi, doceniam jego talent. Wręczam mu parę Yuanów i pokazuję, że to na papier na pędzle. On stanowczo odmawia. Chyba potraktował to jako jałmużnę. Prawy człowiek, człowiek z zasadami, ale jego dzieła, mimo że tak wyjątkowo piękne, pewnie niemo przeminął. Tylu artystów bez większego talentu przebija się na świecie ze swoimi pracami, a tu takie arcydzieła powstają i marnują się. Przemijają jakby ich nigdy nie było. Myśląc o tym siedząc między drzewkami bonsai. Jedno z nich swym wyglądem przypomina damę w kapeluszu z parasolem. Bonsai a la Beata Tyszkiewicz. Godzina 19:09 opuszczamy Suzhou jadąc pociągiem w kierunku świętych Żółtych Gór Hunagshan leżących w prowincji Anhui.

    Tu nocuję:
    Pod namiotem w Suzhou, Pociąg Suzhou-Huangshan City
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Suzhou- Huangshan City
  31. 31 黄山市, Anhui, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinychinychinychinychinychinychinychiny 13.10.2009 Cała noc w pozycji siedzącej, nie było już biletów z miejscami leżącymi. W pociągu cały czas gra w głośnikach jakaś muzyka. Chińczycy wszystko czego nie zjedzą wyrzucają za okno lub na ziemię. Co godzinę przychodzi konduktor który reklamuje i chce sprzedać jakieś produkty: a to szczoteczki do zębów (Chińczykom na pewno by się przydały), a to skarpetki, a to znowu zabawki, ultrafioletowe latarki wykrywające podrobione pieniądze. Głośno krzyczy, mocno gestykuluje, zachwala. Rano powtarza swój wieczorny obchód. O 9:00 jesteśmy w Huangshan City. Na dworcu dwoje przewoźników zażarcie kłóci się przez 20minut, który z nich zawiezie nas do Tunxi, chociaż my wcale nie chcemy, żeby ktokolwiek z nich nas tam wiózł. Ujadają jak wściekłe psy. W końcu innym busem zabieramy się do Tunxi. Pogoda pochmurna, pada deszcz, wilgoć, o wyjściu w góry nie ma dziś mowy. Po 2 ciężkich nocach (w namiocie pod murem w Suzhou i w pociągu hard-sitting) dziś jest dzień na regenerację. Pierzemy ubrania, bierzemy ciepłą kąpiel, a wieczorem wychodzimy na miasto. Cała miejscowość składa się wyłącznie z wielki hoteli i małych hotelików, do tego sklepy spożywcze lub z pamiątkami, liczne restauracje i już wiemy że rządzi tu turystyka. Nawet ma ona bezpośredni wylot na autostradę.

    14.10.2009 Zostawiamy część bagaży w hotelu i jedziemy do podnóża świętych Gór Żółtych. Pojawia się słońce, dobry prognostyk. Wejście na teren gór kosztuje o zgrozo 230Yuanów (1Yuan=ok.42grosze). Na szczęście kupujemy na dowody osobiste bilety 50%-studenckie. Podejście 6,5km pod górę schodami!!! Podobno wszystkie chińskie święte góry są wybetonowane, wyschodowane. Tam gdzie ciężko jest założyć choćby łańcuchy górskie, oni zrobili schody. Jakim nadludzkim wysiłkiem to osiągnęli?? Ile osób tu musiało zginąć?? Jak umocowali kamienne lub żelbetonowe schody do pionowych półek skalnych?? Nie weim. Pogoda sprzyja, świeci piękne słońce. Wkoło słychać śpiew ptaków. Nie wiem czy prawdziwy, czy może z ukrytych tu głośników. Wkoło bujna roślinność, w tym liczne bambusy, które im wyższe tym bardzie pochylające się do poziomu z powodu płytko osadzonych korzeni. Mnóstwo chińskich turystów. Obok nas idą tragarze, którzy na bambusowych, bardzo wytrzymałych kijach niosą na samą górę owoce, warzywa, butle gazowe. Ile to wszystko może ważyć?? Myślę że co najmniej po 25 kg na każde ramię. Potem z kolei z góry znoszą brudną pościel. Czemu to robią, przecież z boku są dwa wyciągi z wagonikami? To chyba jedna z najcięższych prac na świecie. Co jakiś czas zatrzymują się, podpierają, odpoczywają, wycierają pot. Chodzą tak czy to zima, czy lato. Między nimi przeciskają się, nie ułatwiający sprawy, turyści. Turyści, którzy dodatkowo robią im zdjęcia (nie ma się czym chwalić, ale i ja też robię). W końcu osiągamy szczyt, podziwiamy panoramę gór, odpoczywamy. Dzisiejszą noc spędzamy w górach. Tu na wybetonowanym podłożu rozbijamy namioty. Zmęczeni szybko zasypiamy. Budzimy się w nocy kilkakrotnie z powodu dzikich zwierząt, które grzebią w pobliskim koszu.

    15.10.2009 Ten dzień spędzamy schodząc z gór. Wybieramy zamknięty, z powodu renowacji szlak i tym sposobem uwalniamy się od masy chińskich turystów. Tylko my, przyroda, słoneczna pogoda i wyschodowane góry. Robimy sobie postój na kąpiel w górskiej rzece. Nie ma tu nikogo poza nami, czujemy się całkowicie wolni i nieskrępowani na tym łonie natury. Kolejny postój i 2-godzinne wylegiwanie się. Wkoło mnóstwo żółtych motyli. Zauważamy też jaszczurki i węża, korzystające z ciepła promieni słonecznych. Kolejne 4-kilometry to asfaltowa droga. Otaczające ją barierki wyglądają na drewniane i bambusowe. Z bliska okazuje się jednak, iż nie są to żadne bambusy czy drewno, a metalowo-betonowe konstrukcje, a chińska myśl, pracowitość i precyzja sprawiły, że stworzone zostały one w sposób doskonale wkomponowujący je w otaczającą przyrodę. Idąc dalej mijamy chińskie, prowincjonalne wsie. Przyglądamy się życiu zwykłego chińskiego rolnika. Wszędzie malutkie poletka uprawiane ręcznie. Zbocza gór przerobione zostały na ryżowe tarasy. Opuszczając Żółte Góry delektujemy się tym sielskim-anielskim krajobrazem. Łapiemy ostatni autobus i po kilku przesiadkach docieramy do Tunxi, aby w naszym hostelu spędzić noc.

    Tu nocuję:
    Hotel w Tunxi, namiot w górach, hotel w Tunxi
    Szczegóły dojazdu:
    Autobusy, pieszo po schodach w górach
  32. 32 Hefei, Anhui, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychiny16.10.2009 16 marca-Dzień Papieski. Mija już dokładnie 31lat od chwili, gdy polski kardynał Karol Wojtyła zasiadł na Tronie Piotrowym w Watykanie i przyjął imię Jan Paweł II. W tym dniu głównie przemieszczamy się. Najpierw o 6:45 wyruszamy do miasta Hefei, które okazuje się być ogromną metropolią. Na jego obrzeżach masowo wyrastają osiedla wieżowców. Widzimy jak 3 dźwigi budują od razu 12 bloków, a każdy z nich ma ponad 20 pięter. Godzina 11:00, zostawiamy plecaki w przechowalni, targując się twardo o cenę. Następnie udajemy się do kafejki internetowej, aby znaleźć adresy hosteli w kolejnych miastach. Dziewczyna z kafejce nie chce mi jednak dać komputera, w ogóle nie chce ze mną rozmawiać. Okazuje się, że musi wpisywać do systemu dane użytkowników i to tylko i wyłącznie w języku chińskim. Pyta mnie więc o moje chińskie imię, więc odpowiadam spokojnie, że nazywam się Lu Bei i już sprawa załatwiona. Imię to przychodzi mi na myśl dzięki przeczytaniu ciekawej książki Roberta Maciąga „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę". Jej autor i bohater zarazem, będący na zakręcie życiowym, przemierza samotnie te kraje aby odnaleźć na nowo sens życia. Podobno Robert po chińsku brzmi jak Lu Bei. Następnie trafiam do kilkukondygnacyjnego centrum handlowego. Jego ogrom mnie przytłacza. Przed centrum, na wielkiej scenie, odbywają się występy z okazji otwarcia kilku nowych pawilonów. Oglądam tańczące Chinki w różnych strojach ludowych oraz pokazy chińskiej opery. Godzina 21:00 pociąg do Xian. Mamy bilety na hard-sleeping, ja śpię na 3-ej kondygnacji pod samym sufitem. W pociągu około 22 gaśnie światło i zasłaniane są zasłony. Rano zaś włączana jest głośna muzyka. Narzucane jest więc z góry, kiedy wszyscy mają zasypiać, a kiedy się budzić.

    Tu nocuję:
    Pociąg Hefei- Xi'an
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Hefei- Xi'an
  33. 33 莲湖区, Xi'an, Shaanxi, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinychinychinychiny17.10.2009 O godzinie 14 dojeżdżamy do Xian, dawnej stolicy Chin. Centrum miast otoczone jest wielkim murem, można przejechać się po nim rowerem. Zajmuje to około 50-minut. W mieście znajduje się zabytkowa Mała i Wielka Pagoda Dzikiej Gęsi, nam nie dane jest ich obejżeć. Zostawiamy rzeczy w guesthousie i idziemy nocą do muzułmańskiej dzielnicy. Pijemy sok z juki, który na naszych oczach wyciskany jest z trocinowych badyli. Widzimy drewniane żabki, które pocierane patykiem po grzbiecie wydają odgłosy, jakby rechotały. Na kolację jemy makarony i pierożki w restauracji prowadzonej przez trzypokoleniowa rodzinę.

    18.10.2009 Wyruszamy bardzo wcześnie, już o 6:30. Chcemy zwiedzić Armię Terakotową, zanim dotrze tam zmasowany tłum chińskich turystów. Jedziemy przeszło godzinę, a kierowca bezustannie trąbi na wszystkich i wszystko co zobaczy na drodze. Bilety 90Yuanów, my już tradycyjnie kupujemy studenckie za 50Yanów na dowody osobiste. Nie jest to jednak tak proste, bo pani w okienku upiera się, że mogą je otrzymać tylko osoby przed ukończeniem 27 roku życia. Ja ma 28 lat, ale kasjerka przy innym okienku nie ma już takich kryteriów. Armia Terakotowa została stworzona na rozkaz pierwszego cesarza Chin Qin Shi Huangdiego około 220 roku p.n.e. Miał on fobię śmierci. Jako cesarz-bóg chciał żyć wiecznie. Spożywał w tym celu rtęciowe kulki, gdyż rtęci przypisywano ówczas magiczne właściwości, a de facto tylko zniszczył sobie nimi organizm, gdyż rtęć jest toksyczna. Wysłał też poszukiwaczy, którzy mieli odnaleźć mityczna wyspę z napojem zapewniającym nieśmiertelność. Chcąc jednak, w razie czego, zapewnić sobie dostatek w życiu pośmiertnych nakazał stworzyć armię 7000 terakotowych żołnierzy, z których każdy różnił się fryzurą, twarzą, figurą, ubraniem. Byli oni kolorowo pomalowani i uzbrojeni. Większość miała i ma twarze zwrócone na wschód, gdyż uważano, że stamtąd może najszybciej przyjść zagrożenie. Były też tam 2 rydwany konne. Dużo narzędzi codziennego użytku, zwierząt. Niedawno odnaleziono kilka tysięcy zbroi, podobno miały one służyć duchom, które zamiast niepokoić cesarza po śmierci, miały je przywdziać i bronić go. Cesarz pochowany został z kilkudziesięcioma dziewicami, które musiały stracić życie. Wszyscy, świadkowie, którzy budowali grobowiec zostali zamordowani. Cały grobowiec zasypano ziemią, którą ubito i zasadzono na niej roślinność. W 1974 roku chłopi kopiący studnię natknęli się terakotowe kawałki zniszczonej armii. Od tej pory trwają prace odkrywkowo-renowacyjne. Miejsca, gdzie znajdują się bezcenne znaleziska obudowano specjalnymi halami. Stworzono też 360stopniowe dookolne kino, które prezentuje historię miejsca. Dowiaduję się tutaj, że po śmierci cesarz jego przeciwnicy odnaleźli to miejsce i zniszczyli je. Więc nie tylko ząb czasu przyczynił się do dewastacji tego unikatu wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Najpierw jedni ludzie tworzyli to dziesiątki lat, a potem inni ludzie zniszczyli to w ciągu jednej, krótkiej chwili. W gablocie oglądam zdjęcia gości-vipów. Był tu m.in. Bill Clinton oraz Władimir Putin. Wieczorem wracamy do centrum Xian. Jem kolację w tym samym miejscu co wczoraj. Cała rodzina, będąca właścicielem restauracji, uwija się jak w ukropie przy obsłudze klientów. Dziś pracują tam samo jak wczoraj, a wczoraj jak przedwczoraj, a dziś jest przecież niedziela. Tu pracuje się 7 dni w tygodniu i to od wczesnego ranka do późnej nocy. Co dzień to samo, cóż za monotonia. Skąd biorą oni w sobie taką motywacje i nieukrywany zapał. 20:07 pociąg do Chengdu, stolicy prowincji Syczuan. Przy wejściu na dworzec bramka RTG wykrywa butlę gazową w moim plecaku. Muszę ją oddać. Cóż za niefart. Cały czas dźwigałem, aż dwie. Pierwsza skończyła mi się w górach, gdy jej potrzebowałem, a zapasową zostawiłem w hotelu. Drugą, jeszcze ani razu nie używaną butlę-dziewicę, muszę teraz oddać. Ach... :(

    Tu nocuję:
    Guesthouse w Xi'an
    Szczegóły dojazdu:
    Autobusy miejskie, pieszo
    Pociag Xi'an- Chengdu
  34. 34 天府广场, 青羊区, Chengdu, Syczuan, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychiny19.10.2009 Godzina 7:00, Chengdu wita nas deszczem. Pada bardzo mocno, ludzie chodzą i jeżdżą motorowerami okryci w foliowe worki. Jedziemy zwiedzać Centrum Hodowli i Rozmnażania Pandy Wielkiej, powstałe tu przed kilku laty w celu ochrony przed wyginięciem tego bambusowego monofaga. Oglądam film edukacyjny i widzę jak panda rodzi dwoje młodych i je odrzuca. Gdy płaczą uderza je, pracownicy parku zabierają je szybko, ratując przed niechybną śmiercią i wychowują sztucznie. Dla kontrastu na drugim filmie widzę, jak inna panda delikatnie i ciepło tuli swoje właśnie urodzone dzieciątko. Pandy-noworodki zupełnie nie przypominają dorosłych osobników, wyglądają jak nagie, różowe szczurki. W tym pełnym wilgoci bambusowym rezerwacie najpierw odnajduję brązowawe Pandy Małe, które właśnie jedzą posiłek. Następnie widzę w inkubatorze dwa niemowlaki Pandy Wielkiej. W końcu odnajduję grupę 4 dorosłych leniwych, słodziutkich osobników Pandy Wielkiej. Jeden z nich łapczywie wcina bambusa, pozostałe śpią w najdziwniejszych pozycjach. Tego dnia próbuję kuchni syczuańskiej, należącej do jednej z 4 głównych kuchni Chin. Jest ona niewyobrażalnie ostra. Zamawiam kociołek mięsny, który kucharz przyprawia jakąś pomarańczową piekielnie ostrą substancją. Każdy kęs popijam wodą. Walczę z ostrością, zamiast delektować się smakiem. Ostra przyprawa od razu odtyka mi zakatarzone nozdrza, łzy kapią z oczu. Mięso w kociołku, to większości warzywa tylko przypominające mięso z wyglądu, a pojedyncze kawałki prawdziwego mięsa oferują też w sobie kości. Wieczorem jedziemy autobusem do Leshan. Na miejscu jesteśmy w nocy. Rozbijamy namioty kilka metrów od miejsca, gdzie wysadza nas kierowca.

    Tu nocuję:
    Namiot w Leshan
    Szczegóły dojazdu:
    Autobusy Chengdu-Leshan
  35. 35 乐山市, Syczuan, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    chinychinychinychinychinychinychinychiny20.10.2009 Rankiem udajemy się do się do kompleksu świątynnego, który słynie z największego na świecie posągu Buddy. Ma on 71-metrów i był rzeźbiony w piaskowce przez 90 lat, poczynając od 713r.n.e. Miał chronić łódki pływające po tutejszej rzece. Cały kompleks robi na mnie największe wrażenie spośród wszystkiego co widziałem do tej pory w Państwie Środka. Liczne świątynie i posągi tonące w zieleni wszechobecnej przyrody. Powietrze przesycone wilgocią, wszystko spowite tajemniczą mgłą. Dzięki wczesnemu przybyciu jesteśmy przed tłumem Chińczyków. Magia miejsca, jego atmosfera urzekają mnie. To miejsce ma duszę, tętni idealnym połączeniem przyrody i architektury. Taki chiński Angkor. Dostrzegam w wielu miejscach swastyki, będące dalekowschodnim symbolem znaczącym „przynoszący szczęście”. Ten symbol przywłaszczył sobie Hitler i sprawił, że dziś mało kto zna jego właściwe znaczenie. Sam wielki Budda widnieje w majestatycznej siedzącej pozycji i spogląda wnikliwie w kierunku rwącej rzeki. 13:30 opuszczamy Leshan i wyruszamy autobusem w kierunku Yibinu, gdzie znajduje się bambusowy las, czyli tzw. morze bambusowe Shunan. Dojeżdżamy tam, po kilku przesiadkach, już po zmroku. Ostatnie 15 kilometrów chcemy iść pieszo, gdyż nie udaje się nam uzgodnić z taksówkarzami satysfakcjonującej nas stawki. Mimo, iż wzbudzamy w małym miasteczku ogromne zainteresowanie i sensację to nikt nie chce nam pomóc. Wszyscy tylko chodzą za nami, śmieją i patrzą ciekawie jak na małpki w ZOO. Łapiemy stopa. Kierowca za podwiezienie nas 15km żąda od nas w ramach wdzięczności 200Yuanów. Dostaje 70 i mało co nas za to nie bije. Nocujemy w namiotach na terenie lasu. W nocy jacyś tubylcy chodzą koło naszych namiotów, stukają, krzyczą, świecą latarkami. My śpimy twardo, nie dajemy się przegonić.
    Tu nocuję:
    Namiot w Bambusowym Lesie
    Szczegóły dojazdu:
    Autobusy Leshan-Yibin, stopem
  36. 36 狮子湾, 翠屏区, Yibin, Syczuan, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:
    chiny21.10.2009 Rankiem szwendamy się po lesie pomiędzy bambusami a paprociami. Bambusy są wysokie na ok.20 metrów, ich pnie mają praktycznie jednakową średnicę od podstawy prawie aż do czubka. Mimo, że są puste w środku, to są niewyobrażalnie twarde i wytrzymałe. Około południa opuszczamy bambusowy las i wracamy do Yibinu, a stamtąd całą noc jedziemy do Kunmingu. Niestety mamy bilety tylko na miejsca stojące. W pociągu poznajemy prawdziwe Chiny. Prości, normalni Chińczycy pogrążają nas swoimi zwyczajami. Pociąg szybko zamienia się w spelunę na szynach. Na ziemi lądują pestki od słonecznika, opakowania po chińskich zupkach, kostki od kurzych nóżek będących tu rarytasem. Tubylcy głośno charczą, spluwają na ziemię, palą papierosy, są strasznie hałaśliwi. Do tego ten konduktor, który znowu zachwala i sprzedaje skarpetki, zabawki i inne bzdety. Co chwila popycha mnie przechodząca z wózkiem z jedzeniem konduktorka. Jakieś kobiety handlują upieczonymi świńskimi nogami. Gdy wchodzi konduktor wrzucają pod moje siedzenie miskę z tym jadłem i udają zwyczajne pasażerki. Po przejściu konduktora wznawiają handel. Jedni jedzą to ze smakiem, inni patrzą się na to wszystko z obrzydzeniem. O poranku docieramy do Kunmingu niemalże uprzedmiotowieni.
    Tu nocuję:
    Pociąg Yibin-Kunming (miejsca stojące)
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Yibin-Kunming
  37. 37 盘龙区, Kunming, Junnan, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychiny22.10.2009 Koniec syflandii. Znajdujemy super guesthouse The Hump. Pokoje zamykane kluczem elektronicznym, szerokie piętrowe łóżka, gorący prysznic, pralka, bilard, ping pong, telewizja satelitarna, internet, ach ocalenie. Ten dzień poświęcamy tylko i wyłącznie na regenerację sił.

    23.10.2009 Tego dnia mamy zwiedzać skalny las Shilin, ale cena 200Yanów nas zniechęca. Zamiast tego kolejny dzień przeznaczamy na wylegiwanie się w Kunmingu, zwiedzanie miasta i korzystanie z wynalazków cywilizacji. Wieczorem zostawiamy część zbędnych rzeczy w guesthousie i sypialnym autokarem, dysponującym tylko miejscami leżącymi, jedziemy za 158Yuanów do Lijiangu.

    Tu nocuję:
    Kunming guesthouse The Hump, Sypialny autokar
    Szczegóły dojazdu:
    Autobus nocny sypialny Kunming-Lijiang
  38. 38 古城区, Lijiang, Junnan, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chinychinychinychinychinychiny24.10.2009 Z Lijiangu jedziemy bezpośrednio w kierunku Wąwozu Skaczącego Tygrysa, nad którym góruje Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka o wysokości 5596m.n.p.m. W tych górach na szczęście Chińczycy nie zrobili schodów. Chodzimy prawdziwymi, naturalnymi górskimi ścieżkami. Słońce świeci bardzo mocno, jest +30stC i wszyscy sięgamy po kremy z filtrem UV. Ponoć w górach tych występuje aż 13000 gatunków roślin, 400 typów drzew, mnóstwo kwiatów i ziół. Powietrze pachnie aromatycznie. Ani na chwilę nie odstępują nas tubylcy z osłami, któż jadą za nami licząc, że się zmęczymy i za opłatą skorzystamy z grzbietów ich zwierząt, ale nic z tych rzeczy. W tle piękne tarasowe pola ryżowe, w górze 13 ośnieżonych szczytów, w dole rwąca rzeką tocząca swe błotniste, mętne wody. Przechodzimy przez wieś. Rolnik, niczym Boryna, obsiewa pole ręcznie, prosto z miski z ziarnami. Obok sąsiad orze pole jednoskibowym drewnianym pługiem do którego zaprzęgnięty jest byk. Jakaś gospodyni piele motyką grządki. Po tym pięknym dniu nocujemy w guesthousie, choć pierwotnie planowaliśmy namiot. Chyba robimy się wygodniccy.

    25.10.2009 Nazajutrz wyruszamy o świcie. Nadal sprzyjająca pogoda i piękne krajobrazy. Mijamy stado spokojnie leżących sobie tu górskich kóz. Dochodzimy do przecudnego wodospadu. Woda co prawda jest lodowata, ale słońce świeci bardzo intensywnie. Jako że prawie nie ma tu ani żywej duszy, bierzemy kąpiel pod wodospadem na łonie natury. Wykąpani, zrelaksowani idziemy dalej wolnym krokiem. Mijamy poszukiwaczy srebra sedymentujących i przecedzających tutejsze piaski., a następnie robimy zdjęcie z napotkanym pasterzem. Schodzimy z gór 7 minut przed odjazdem autobusu. Więcej szczęścia niż rozumu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze raz, aby sfotografować przepiękną panoramę Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Kolejny postój już nieplanowany. Część skał obsunęła się na drogę i musimy wysiąść, a autokar przepuszczając lawinę spadających akurat kamieni, bezpiecznie po chwili dojeżdża do nas. Tego dnia w Lijiangu nadchodzi smutna chwila rozstania. Ania, Mateusz, Przemek, Ula i Sabina jadą dalej zwiedzać Indochiny, a dla mnie z Agnieszką zaczyna się czas powrotu. Odwlekamy go jednak decydując się na wspólne pozostanie w Lijiangu dzień dłużej.

    26.10.2009 Nocujemy w guesthausie Mama Naxi. Ja i Agnieszka w tajemnicy (mieliśmy już przecież wracać, mama Naxi nie wie że zostaliśmy). Nazajutrz zwiedzamy Dayan, czyli 750-letnią starówkę Lijiangu, zamieszkałą przez mniejszość etniczna Naxi. Panuje tu wyjątkowy klimat. To już trochę inne Chiny. Udaje nam się też przedostać za darmo (wstęp 80Yanów) do tutejszego parku z altankami i mostami z których świetnie widać panoramę gór. Chodzi tu dużo par młodych robiących sobie pamiątkowe zdjęcia. Ja znajduję czterolistną koniczynkę. Agnieszka dostaje od byddyjskiego lamy wisiorek na szczęście, na szczęśliwy powrót (Lama za wspólną modlitwę wziął od nas 50Yanów, a chciał nawet 200Yuanów). Godzina 18:30 pożegnanie na dworcu. Indochiny nie są nam dane. Nasi współtowarzysze odjeżdżają do Dali, a my o 19:00 sypialnym autobusem wracamy do Kunmingu.

    Tu nocuję:
    Guesthouse w górach, guesthouse Mama Naxi w Lijiangu
    Szczegóły dojazdu:
    Autobus Lijiang-Wąwóz Skaczącego Tygrysa-Lijiang
    Nocny sypialny autobus Lijiang-Kunming
  39. 39 东城区, Pekin, Chińska Republika Ludowa Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chiny27.10.2009 O 4:00 docieramy do Kunmingu, stolicy prowincji Yunnan, będącej tyglem mniejszości etnicznych. Większość dnia spędzamy w guesthousie The Hump. Odnajdujemy, pierwszy raz w Chinach, chrześcijańska świątynię i modlimy się o szczęśliwy powrót. O 20:48 opuszczamy Kunming.

    28.10.2009 Cały dzień spędzamy w pociągu. Jedziemy łącznie 40 godzin. Atmosfera jest sympatyczna. Z głośników słychać spokojną, nastrojową muzykę. W tle u nosi się nostalgia związana z końcem azjatyckiej eskapady.

    29.10.2009 O godzinie 13:00 docieramy do Pekinu. Wydajemy ostatnie Yuany na black markecie. Nocujemy, tak jak poprzednio, w hostelu mieszczącym się pod adresem Nancayuan 35.

    Tu nocuję:
    Pociąg Kunming-Pekin (2noce), Pekin hostel ul.Nancayuan 35
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Kunming-Pekin
  40. 40 Mitte, Berlin, Niemcy Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chiny30.10.2009 Do lotniska docieramy ekspresowym pociągiem połączonym z podziemnym metrem. Pojedynczy bilet nie kosztuje jednak 2Yuany jak zwykły przejazd metrem, ale aż 25, a my szczęśliwie wyskrobujemy z kieszeni i portfeli sumę 52 Yuanów. 13:30 startujemy. W samolocie towarzyszy nam trójka sympatycznych Polaków wracających z Pekinu z targów górnictwa. Lecimy przez 10:25, połykamy 7 stref czasowych i w Berlinie jesteśmy o godzinie 16:50. Z lotniska autobusem X9 dostajemy się na słynny dworzec ZOO, a stamtąd kolejką miejską S5 na dworzec Lichtenberg. Tam wsiadamy w pograniczny pociąg do Kostrzynia. W Polsce jesteśmy około godziny 21:00. Jesteśmy zmęczeni, przysypiamy. Nasz doba trwa 31 godzin z powodu zmiany stref czasowych.

    Szczegóły dojazdu:
    Samolot Pekin-Berlin Tegel
    Pociąg Berlin Lichtenberg- Kostrzyn
  41. 41 Węgorzewo, Polska Wyśrodkuj mapę
    Opis:

    chiny31.10.2009 W Kostrzynie czekamy 2 godziny na pociąg. Jedziemy nim kolejne 2 godziny do Krzyża. Tam Agnieszka przesiada się w pociąg do Warszawy, a ja po godzinnym postoju jadę ponad 3 godziny do Torunia. W Toruniu spędzam na dworcu 4 godziny i następnie jadę pociągiem osobowym 2 godziny do Olsztyna, tam natychmiast przesiadam się w pociąg pośpieszny do Giżycka, którym jadę kolejne 2 godziny. W Giżycku czeka na mnie rodzina i razem samochodem dojeżdżamy szczęśliwie do Węgorzewa. Happy end!!! :)

    Tu nocuję:
    Pociągi
    Szczegóły dojazdu:
    Pociąg Kostrzyn-Krzyż
    Pociąg Krzyż-Toruń
    Pociąg Toruń-Olsztyn
    Pociąg Olsztyn-Giżycko
    Samochód Giżycko-Węgorzewo

Uczestnicy

Organizator

Mariusz Gibowicz lekarz medycyny, podróżnik

Ostatnie komentarze

Cała dyskusja na forum
Aby komentować, musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

Podobne wyprawy

Chiny Tybet

planuje wstępnie 08-09.2009... typowy backpacking głównie pociągami (rosja, chiny) ale też i samochody terenowe (przejazd przez mongolie do chin)

Z krasnalem Życzliwkiem przez Azję

Dwadzieścia siedem tysięcy kilometrów. Siedemdziesiąt dwa dni. Dwójka przyjaciół, studentów stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Oto przepis na udane wakacje, czyli kilka słów o Wyprawie Życzliwości.

Zobacz w innych serwisach

  • Media

    Rosja murem za Białorusią - Białoruś klinem w Europę

    Rosja murem za Białorusią -…

  • Media

    Czempiński: szpiegują nas Białoruś, Rosja i Chiny

    Czempiński: szpiegują nas…

  • Media

    Kreml nie zrobił z Moskwy konkurenta londyńskiego City

    Kreml nie zrobił z Moskwy…

  • Media

    Ameryka wygazuje Rosję

    Ameryka wygazuje Rosję

  • Media

    Rosyjski samolot szpiegował polskie wojsko

    Rosyjski samolot szpiegował…

  • Media

    Pośrednicy ciążą gigantowi

    Pośrednicy ciążą gigantowi